środa, 30 lipca 2014

Księgarenka w Big Stone Gap - Wendy Welch

Czy jest na świecie coś piękniejszego niż powieść o książkach? 

Księgarenka w Big Stone Gap to historia małżeństwa, które w przypływie chwili, kupuje stary dom w kopalnianym miasteczku i na jego parterze postanawia otworzyć księgarnię. Oczywiście wszyscy znajomi, rodzina, a także mieszkańcy Big Stone pukają się w czoło, mając ich na skończonych wariatów. Jack i Wendy wytrwale jednak obstają przy swoim.

Żyjąc przez pierwszy rok, niczym para amiszów, każdy wolny grosz inwestują w towary. Używane książki to jednak ciężki interes. Trzeba znać się nie tylko na ich wycenie, ale wiedzieć również, co jest aktualnie modne, jakie tytuły się sprzedają, a które nadają się wyłącznie, jako na podkładki do stołu.

Mimo to Księgarenka, jest nie tylko książka o tym, jak się otwiera własny interes, to przede wszystkim cudowny przykład na to, jak marzenia mogą się spełniać. Trzeba włożyć w to wszystko niesamowitą ilość pracy, trafić na życzliwych sobie ludzi, jednak kto nie ryzykuje, ten ciągle żyje fantazjami. Wendy Welch wraz z mężem dowiodła, że trzeba próbować i walczyć o swoje. Stawiać czoła miejscowym klikom, roznosić ulotki, gdzie tylko się da, bo klienci, a w zasadzie nowi przyjaciele, wynagrodzą nam to stukrotnie.

Urzekła mnie ta historia nie tylko tym, że jest fantastycznie napisana, ale przede wszystkim tym, że jest prawdziwa. Gdzieś tam na świecie naprawdę istnieją Jack i Wendy, ich zwariowane koty i cudowna księgarnia.

Gorąco zachęcam was do tej lektury - obowiązkowa pozycja dla wszystkich zaczytanych.

P.S. Wydaje mi się czy Księgarenka ma najładniejszą okładkę ze wszystkich powieści, jakie ukazały się w tym roku? :)


Wendy Welch „ Księgarenka w Big Stone Gap”
Ilość stron: 304
Wyd. Black Publishing
Ocena: 5/6
Premiera: 30.07.2014r.

wtorek, 29 lipca 2014

Nie tylko o łajdakach - Magdalena Kulus


Część z Was będzie kojarzyć nazwisko autorki z popularną nie tak dawno książką Blondyn i Blondynka, gdzie opowiada ona o swojej chorobie oraz przyjaźni z pewnym czworonogiem. Tym razem Magdalena Kulus sięgnęła po temat znacznie lżejszy, można nawet powiedzieć, że typowo babski, bo rzecz tyczy się uciekającej (a jakżeby inaczej) na wieś Anastazji.

Rodzice huczą za uszami, wtrącając się w każdą możliwą sprawę, chłopak, a w zasadzie wykorzystujący ją niedoszły artysta, co rusz znajduje sobie nowy obiekt wrażeń, a że nieopodal Częstochowy, stoi nieużywany od dawna domek, dziewczyna postanawia się w nim zaszyć i uporządkować swoje myśli.

Kto jednak mieszka na wsi ten wie dobrze, że życie dalekie jest tu od sielanki. W sąsiedztwie wszyscy wszystko wiedzą, ksiądz biegnie do ciebie z gorącym powitaniem, a że akurat w tym momencie zachciało ci się opalać topless, to jak zwykle urocze zrządzenie losu. Z takim oto rozmachem Nastka przybywa do Maszkarki, a dalej jest tylko „lepiej”.

Magdalenie Kulus przyznać muszę jedno – potrafi dziewczyna poprawić człowiekowi humor. Nie będę czepiać się wyjazdu na wieś, bo wiecie że na ten motyw mam uczulenie, zatem cicho sza, uznajmy, że go nie było, bo do samej bohaterki i czekających ją przygód nie mam żadnych zastrzeżeń. Ulżyło mi, że nie spotykają jej same tragedie, ani że szczęście nie biegnie do niej na zawołanie. Jest prawdziwie, życiowo, a miejscami bardzo zabawnie.

Małomiasteczkowość pozbawiona fałszywego uroku, cięty humor i odważne żeńskie bohaterki, to wszystko sprawiło, że Łajdaków poznawałam z wielką przyjemnością.


Magdalena Kulus „Nie tylko o łajdakach”
Ilość stron: 320
Wyd. SOL
Ocena: 4/6

poniedziałek, 28 lipca 2014

Wyspa na prerii - Wojciech Cejrowski

Wyspa na Prerii to długo wyczekiwana, nowa pozycja książkowa Wojciecha Cejrowskiego. W przeciwieństwie do Beaty Pawlikowskiej, której pozycje wydawane są praktycznie rokrocznie, Cejrowski publikuje rzadko, ale za to zawsze z pewnym rozmachem.

Tym razem autor zabiera nas w podróż do Arizony, miejsca jakże odmiennego od dżungli amazońskiej, do której zdążyliśmy już przywyknąć. Czy na prerii, gdzie wszystko pokrywa piasek, wiatr wieje bezustannie, a wychodek nie posiada tylnej ściany – może się dziać coś ciekawego? Otóż wychodzi na to, że tak, a sprawy opisane w książce, choć mogą wydawać się błahe i przyziemne, zostały zaprezentowane w taki sposób, że świetnie będziemy się z nimi bawić.  

Wyspa ponownie pełna jest anegdot. Dowiemy się z niej, w jaki sposób Cejrowski otrzymał swój dom na prerii, dlaczego niebieskie krzesło jest dla niego takie ważne oraz jak to jest żyć w pobliżu miasteczka, w którym każdy każdego zna i nic się nie da ukryć przed „stadem”.

WC prezentuje wiele historyjek, zasłyszanych w barze, w część z nich na pewno trudno będzie uwierzyć, choć wierzyć powinniśmy, aby poczuć na własnej skórze tamtejszą dzikość, mimo to całość świetnie obrazuje, jak wygląda życie w dalekiej Ameryce, tuż przy granicy z Meksykiem.

Książka nie jest może tak fascynującą, jak Gringo…, ale bawiłam się z nią równie dobrze i dla fanów Cejrowskiego powinna stać się pozycją obowiązkową. Z kolei tym, którzy się wahają, albo za autorem jako personą nie przepadają, powiem tylko tyle, że o polityce i religii nie ma tu praktycznie nic, dlatego warto się przełamać i dać sobie szansę na odpoczynek, w gorącym klimacie Amerykańskiej prerii.

I pamiętajcie, We don’t dial 911, więc nie sprawdzajcie, gdzie ten dom leży naprawdę ;)
 

wywiad z autorem   I    Podróżnik WC  I    Zysk i S-ka    I   Varia-czyta

Wojciech Cejrowski Wyspa na Prerii
Ilość stron: 296
Wyd. Zysk i S-ka
Ocena: 4,5/6

sobota, 26 lipca 2014

Stos

Pozwolicie, że tych zdjęć nie będę komentować. Niech moja choroba przemówi sama za siebie… i wizyta w Krakowie… bo to z góry wiadomo, jak się musi skończyć.


J. K. Johansson "Laura"    od. wyd. Literackiego
Janusz L. Wiśniewski "Ślady"    j.w.
Pierre Lemaitre "Ofiara" od wyd. Muza       recenzja
Agata Pruchniewska "I dobry Bóg stworzył aktorkę"    od wyd. Sol      recenzja
Magdalena Kulus "Nie tylko o łajdakach"       j.w.
Krzysztof Bielecki "Rezydencja"       od autora
Cecelia Ahern "Dziewczyna w lustrze"      od wyd. Świat Książki     recenzja
Wojciech Cejrowski "Wyspa na prerii"    od wyd. Zysk i S-ka


Colette "Klaudyna odchodzi"      zakup własny
Colette "Małżeństwo Klaudyny"    j.w.
Colette "Klaudyna powraca"     j.w.
Monika Rakusa  "Żona Adama"     j.w.
Marsha Mehran "Zupa z granatów"    j.w.
Lori Lansens "Spowiedź żony"    j.w.
Alexandra Samaela "27, czyli śmierć tworzy artystę"    j.w.
Cecelia Ahern "Pamiętnik z przyszłości"   z wymiany
John Green "Szukając Alaski"   z biblioteki
Herbert Greoge Wells "Wyspa doktora Moreau"    j.w.   recenzja
Tom Sharpe "Wilt"     j.w.   recenzja
Christina Baker Kline "Sieroce pociągi"   od wyd. Czarna Owca
Malin Persson Giolito "To tylko dziecko"    j.w.
Izabela Degórska "Pamięć krwi"   z wymiany      recenzja


Dorota Sumińska "Jak jeż Jerzy został tatą"     zakup własny
Mathhew Quick "Niezbędnik obserwatorów gwiazd"     j.w.
Carlos Ruiz Zafón "Więzień nieba"     j.w.
Berlitz "Rozmówki szwedzkie"     j.w.
Christhoper Moore "Błazen"    j.w.
Per Petterson "Na Syberię"   j.w.
Warren Adler "Dzieci państwa Rose"    j.w.
Barbara Piórkowska "Szklanka na pająki"    j.w.
David Newson "Dochodzenie 3"    od wyd. Marginesy
Elizabeth Cooke "Tajemnice Rutherford Park"     j. w.
Matt Richter "Zabawka Diabła" od wyd. Akurat    recenzja

piątek, 25 lipca 2014

Zabawka diabła - Matt Richtel

Konia z rzędem temu, kto wymyśli coś nowego we współczesnym thrillerze. Setki razy widziałam już porwania i zaniki pamięci, ale muszę przyznać, że tak dziwnego duetu w tej konwencji, jeszcze nie spotkałam.

Lane Idle zna pewną tajemnicę, ale na skutek wyniszczającej jej umysł choroby, niczego nie pamięta. Jej wnuk, piszący teksty dla serwisów internetowych, stara się opiekować babcią najlepiej jak może, stąd pewnego razu, wybierają się razem na spacer do parku. Z niewiadomych przyczyn, zostają tam ostrzelani przez zamaskowanego sprawcę. Nate, usiłując się dowiedzieć kto za tym stoi i dlaczego na cel wybrał sobie osiemdziesięcioletnią staruszkę, budzi w sobie smykałkę do dziennikarstwa śledczego.

Zbudowanie akcji w oparciu o współpracę babci z wnuczkiem, pasuje mi raczej do komedii niż pościgów i strzelanek, trzeba jednak przyznać, że Richtel dobrze wiedział co robi, bo nie dość, że samo to rozwiązanie wzbudzało moją ciekawość to jeszcze, całość prezentuje się nad wyraz efektownie.

Lane Idle wywołuje w nas skrajne emocje. Od rozbawienia i czułości, po przerażenie, jak wielkie spustoszenie zrobiła w jej pamięci choroba. Pytanie, jednak co kryje się za wprowadzonym na rynek programem Krucjata Pamięci, bo beztroskie rozmowy seniorów z komputerami, sprawiają raczej złowrogie wrażenie.

Zabawka diabła to powieść ze znakomitym motywem przewodnim i zakończeniem, które nie pozwoli nikomu zasnąć spokojnie. Akcja kuleje jednak pośrodku i autor ciężko ma utrzymać w nas stały poziom napięcia. Mimo to oceniam książkę, jako dobre czytadło, i spory jest w tym udział tego niezwykłego duetu.


Matt Richtel „Zabawka diabła”
Ilość stron: 528
Wyd. Akurat
Ocena: 4/6

czwartek, 24 lipca 2014

Galop '44 - Monika Kowaleczko-Szumowska

Piszę te słowa na gorąco, z dopiero co skończoną książka na kolanach. Nie wiem jak wiele znajduje się w niej prawdy, nie zawracałam sobie głowy sprawdzaniem. Obstawiam, że skoro autorka jest tłumaczką materiałów dla Muzeum Powstania Warszawskiego, to jednak zna się na rzeczy, a stworzony przez nią Galop ’44 jest idealny również w tym obszarze – powiedziała osoba stroniąca od wojennej literatury.

Zwiedzając Muzeum Powstania dwaj bracia, Mikołaj i Wojtek, trafią za pomocą makiety kanału w sam środek dramatycznych wydarzeń w okupowanej Warszawie. Poznają co znaczy walka na śmierć i życie oraz czym jest prawdziwa przyjaźń. Mimo, że nie rozumieją w jaki sposób się tam dostali, chcą pomóc, chociaż mają świadomość, że całe przedsięwzięcie dobrze się nie skończy.

Chwaliłam Ahern za realizm magiczny, a teraz wychwalam Kowaleczko-Szumowską za pomysł, za wykonanie i szczytne zamiary! Wiem, że moja euforia może się wydawać podejrzana, ale ludzie, wstałam dziś przed piątą rano, żeby Galop doczytać…

I nawet, jeżeli sam początek będzie się wam wydawał naciągany, bo kanały i przenoszenie się w czasie to nie te klimaty, dajcie książce szansę. Skonstruowana tak aby przemówić do młodego czytelnika, zawiera w sobie fakty, absolutnie dla każdego. Urzekło mnie współczesne spojrzenie na tamtejsze wydarzenia, na ból, na śmierć i bezgraniczne poświęcenie.

Daty szybko uciekają z głowy, za to Mały i jego wierni kompanii, na zawsze pozostaną w mojej świadomości.

Warszawa w Powstaniu i Warszawa dziś - zdjęcia - polecam zerknąć!

Monika Kowaleczko-Szumowska „Galop ‘44”
Ilość stron: 320
Wyd. Egmont
Ocena: 5,5/6
Premiera: 30.07.2014r.

wtorek, 22 lipca 2014

Przebudzona o świcie - C.C. Hunter

Dalszy ciąg przygód Kyle, która przebywając na obozie w Wodospadzie Cienia, stara się dociec kim właściwie jest. W otoczeniu osób o nadnaturalnych zdolnościach, wszelkie cuda stają się normą, tylko jak tu sobie radzić, z znienacka nachodzącymi cię widmami zmarłych?

Nie chcę się zbytnio zagłębiać w fabułę, bo musiałabym spoilerować Urodzoną o północy, nadmienię tylko, że autorka położyła tu większy nacisk na uczucia, co niekoniecznie wyszło książce na dobre. Zrobiło się melodramatycznie i jak zwykle, rzecz obija się o trójkąty.

Daleka jestem od sympatii dla tego typu rozwiązań. Wolałabym poczytać o relacjach Kyle z ojczymem albo o napięciach mających miejsce na obozie, niż zastanawiać się kto i jakie ma ciało.

Książkę czytało się dobrze, ale zachwycona nią nie jestem – co w gruncie rzeczy nie jest niczym dziwnym, przypatrując się moim ostatnim recenzjom. Przebudzona trafiła do mnie na zasadzie przypadku, ktoś źle skompletował paczkę i uznałam spontanicznie, że dam jej jednak szansę.

Czytadło jak czytadło – lekkie, sprawnie napisane, z tym, że dla wielbicieli gatunku, którym wilkołaki i wampiry się jeszcze nie przejadły.


p.s. chętnie wymienię książkę na tytuł z listy chcę przeczytać.

C.C. Hunter „Przebudzona o świcie”
Ilość stron: 384
Wyd. Feeria
Ocena: 3,5/6

niedziela, 20 lipca 2014

Wilt - Tom Sharpe

Oto książka, która umiliła mi w ten weekend trzygodzinną podróż busem. Wilt to lekka komedyjka z erotycznym zacięciem, tylko bardzo Was proszę, nie kojarzcie jej w żaden sposób z Greyem. Zamiast pornograficznych scen, znajdziecie tu szalone małżeństwo, w którym mąż cierpi na fetysz plastiku, a żona jest terapeutką do spraw łóżkowych. Pewnego dnia sprowadzają się oni w sąsiedztwo państwa Wilt, przez co zaczyna się cała zabawa.

Henry Wilt, zirytowany zachowaniem swojej żony obmyśla plan, jak tu się jej szybko i skutecznie pozbyć. Niestety ten ciamajdowaty wykładowca w college'u, realizuje swe zamiary jedynie połowicznie - pijany jak bela wrzuca do wykopu nadmuchiwaną lalkę, która odpowiednio nieucharakteryzowana, ma udawać Eve.

Co się dalej wydarzy? Musicie przeczytać sami. Ja tylko nadmienię, że świetnie się z Tomem bawiłam. Jeżeli wiecie jak pisze Christopher Moore, to jest to opowieść właśnie w tym guście. Szalony pomysł, trochę brawury i sprawnie prowadzone pióro, to  dla mnie pewna droga do sukcesu.

Wilt to przypadkowe objawienie z biblioteki, które ma cztery tomy kontynuacji, więc szykuje się bardzo rozrywkowy miesiąc. Jeżeli i Was czekają długie wyprawy, zachęcam do spotkania Henrym oraz jego żoną.

Satyryczna opowieść, która wyśmiewa wszystko i wszystkich? – jestem na „tak”.


Tom Sharpe „Wilt”
Ilość stron: 240
Wyd. Zysk i S-ka
Ocena: 4,5/6

sobota, 19 lipca 2014

Norwegia cz.3 - Boyabreen, Bergen, Hardangervidda

Dziś już ostatnie migawki z wyjazdu do Norwegii, w tym obiecany miesiąc temu filmik - proszę patrzeć na niego łaskawie, bo to pierwsza tego rodzaju produkcja, jaką w życiu robiłam ;)

Poniżej zobaczycie miejsca mniej popularne, ale tak samo warte uwagi, jak wszystkie trollowe akcenty. Park Vigelanda z rzeźbami, które pokazywałam Wam w pierwszym poście, jęzor lodowca Boyabreen, przejazd kolejką górską we Flåm, najdłuższy w Norwegii 25km tunel, a w nim niebieską komnatę, gdzie kierowcy mogą się zatrzymać, jeżeli będą ich boleć oczy. Bergen z piękną starówką oraz wjazd kolejką torową na górę Fløyen. A także wodospady Vøringsfossen, Steindalsfossen i Kjosfossen. A na końcu największy górski płaskowyż Europy – Hardangervidda.

* zdj nr 10  i 11 nie są mojego autorstwa
Kolejny kierunek - Dania!

czwartek, 17 lipca 2014

Grand - Janusz Leon Wiśniewski

„To, moim zdaniem, chora mrzonka Sartre’a, że w miłości nie chodzi o posiadanie. Gdy myślę o sobie, to nabieram przekonania, że jestem bardziej egoistyczna, gdy kocham, niż byłam kiedykolwiek, gdy nie kochałam. To wynika z najnormalniejszego ludzkiego strachu. Kiedy kocham, boję się jak cholera, bo czuję się wtedy bardziej bezbronna wobec cierpienia i jestem nadmiernie podatna na zranienie.”* 

Grand zwany z początku Kasino-Hotel, to ośrodek, który w historii Europy zarysował się niezwykle mocno. To tu Hitler wydał rozkaz pozwalający na mordowanie psychicznie chorych, tu Marlena Dietrich dawała wyraz swej niechęci do III Rzeszy, a inni kluczowi przywódcy układali swe plany. 

Janusz L. Wiśniewski połączył te wydarzenia w jedną, niezwykłą opowieść, będącą podróżą do hotelowych pokoi oraz skumulowanych w ich wnętrzu, ludzkich emocji. Przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, a pytanie, co łączy z sobą kloszarda, odnoszącą sukcesy dziennikarkę oraz niemieckiego księdza, sprowadza się do pragnienia miłości i błędów, które kiedyś popełnili. 

Dawno temu, gdy czytałam Samotność w sieci, byłam pod ogromnym wrażeniem tego, jak mężczyzna potrafi oddać kobiecą psychikę. Dziś ten zachwyt nic się nie zmienił, przybrał jedynie nieco inną formę, bo widzę, jak przez tych kilkanaście lat, Wiśniewski stał się jeszcze wnikliwszym obserwatorem. 

Ogromne zaskoczenie sprezentował mi Grand. Jest on podróżą nie tylko do dawnego Trójmiasta, lecz również do powieści, jakie tylko Janusz potrafi tkać. Prawda łączy się tu z fikcją w bardzo przewrotny, nieoczywisty sposób. Trudy czasu wojny kontrastują z obecną rzeczywistością uwypuklając, jak mało się przez te lata zmieniło. 

Opowieść o pragnieniu bliskości, o odwadze dawania sobie prawa do szczęścia. Czytać koniecznie z ołówkiem w ręku. 

Janusz Leon Wiśniewski „Grand” 
Ilość stron: 320
Wyd. Wielka Litera 
Ocena: 5/6
* s.74

środa, 16 lipca 2014

Buszujący w zbożu - między jedną burzą a drugą

Z jednej strony słońce, z drugiej ciężkie, granatowe chmury - lubię takie momenty, bo to idealne warunki do robienia zdjęć. I jeszcze te bezcenne miny sąsiadów, którzy zachodzili w głowę czemu w towarzystwie kota, klęczę w przydrożnym rowie ;) 

Cześć wszystkim :) 
W celu obejrzenia większej ilości zdjęć zapraszam na Instagram

wtorek, 15 lipca 2014

Zagubione niebo - Katarzyna Grochola

Pewnie dziwnie to zabrzmi, ale dorastałam z Judytą Katarzyny Grocholi. Ekranizacja Nigdy w życiu wchodziła do kina, gdzieś jak miałam czternaście – piętnaście lat, i tak sfokusowałam się wówczas na tej historii, że całą serię o Kozłowskiej przeczytałam bez mrugnięcia okiem.

Poznałam też Przegryźć dżdżownicę oraz Osobowość ćmy, ale nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Nastąpiła kilkuletnia przerwa i oto znów się spotykamy. Houston mamy problem czeka na półce, a dziś zabrałam się za krótszą formę, jaką jest Zagubione niebo.
                 
Niebo to zbiór tekstów, które pojawiły się na łamach prasy z dobrą dekadę temu. W większości są to już zapomniane historie dotyczące miłości i przypadków, które prowadzą do jej spotkania, albo odkrycia na nowo. Raz jest to kolizja drogowa, kiedy indziej zgubiony talizman, a nawet sprawa rozwodowa. Temat błahy i często opisywany, jednak obcowanie z tego typu literaturą, szczególnie, gdy jesteśmy podłamani, może sprawić, że znajdziemy w sobie nowe pokłady nadziei.

Lubię Grocholę zarówno w warstwie pisarskiej, jak i tej ludzkiej osobowościowej. Spotkałam ją dwa razy na Targach Książki i uważam, że jest dokładnie taka sama, jak wrażenia, które wywołują jej książki. Ciepła, pogodna, pozytywnie nastrajającą do życia.

Zagubione niebo to przestroga, aby nie sądzić po pozorach, aby rozmawiać i być ze sobą blisko. Tak wiele problemów wynika z braku komunikacji, dlatego mówmy i dbajmy o swoje niebo.


Katarzyna Grochola „Zagubione niebo”
Ilość stron: 308
Wyd. Literackie
Ocena: 4/6

niedziela, 13 lipca 2014

Dziewczyna w lustrze - Cecelia Ahern


Bałam się tej lektury, jak nie wiem, bo to kolejne spotkanie z autorem, którego dwie poprzednie książki, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Cecelie Ahern wychwalałam za pomysły oraz magiczny realizm, szczęście, że chociaż tym razem, nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Dziewczyna w lustrze to dwa opowiadania o ludzkich pragnieniach. Pierwsze, tytułowe, opisuje historię Lili i jej dziwnie zachowującej się babci. Drugie z kolei, to losy wynalazcy niezwykłej maszyny, zdolnej modyfikować ludzkie wspomnienia.

Książka jest objętościowo niewielka, bo nawet nie stu stronicowa, ale Ahern dowiodła, że w krótkiej formie, również świetnie sobie radzi. Nie potrzeba jej długich wstępów, ani dogłębnej charakterystyki postaci, by obudzić w czytelniku sympatię do bohaterów. Żeby zaczął się on przejmować ich losem, a w zdarzenia, nawet fantastyczne, uwierzył bez mrugnięcia okiem.

Zawsze byłam przeciwniczką mieszania obyczaju z fantastyką i komplikowania w ten sposób rzeczy, które zmian zupełnie nie potrzebują. Tylko, że w jej książkach, oba te światy są idealnie wyważone i nie wyobrażam sobie, bym w którymś momencie, nie natknęła się na coś niezwykłego.

Jestem pod ogromnym i stale rosnącym wrażeniem Ceceli Ahern. Od dziś z dumną będę mówić, że to jedna z moich ulubionych pisarek.


Cecelia Ahern „Dziewczyna w lustrze”
Ilość stron: 96
Wyd. Świat Książki
Ocena: 5,5/6

piątek, 11 lipca 2014

Ofiara - Pierre Lemaitre

Yhhhhh… - wzdycha posępnie. Nie tak to miało wyglądać, absolutnie nie tak…

W zakładzie jubilerskim miał miejsce napad, podczas którego ucierpiała życiowa partnerka inspektora Verhoeven, Anne Forester. Kobieta zostaje pobita i okaleczona do tego stopnia, że zdruzgotany tą sytuacją Verhoeven, za wszelką cenę chcę dopaść bandytów. Nie stroniąc od metod na pograniczu prawa, wnika w szajkę serbskich złodziei, szukając w ten sposób winnych. Sęk jednak w tym, że nie on jeden zaczyna z ludźmi pogrywać.

Mówi, że przestępca zawsze wraca w to samo miejsce, i tu ta teoria niestety się sprawdza. Anne zapamiętując rysopis jednego z mężczyzn, wydaje na siebie wyrok, a Verhoeven musi się mocno gimnastykować, aby być o krok przed mordercą.

Panie Lemaitre, no jak to tak? Skąd właśnie taki, pomysł na fabułę? Czuję się zawiedziona, bo wypada on strasznie banalne w porównaniu z kobietą w klatce, czy zanikami pamięci. Tak bardzo czekałam na tę powieść, a w ogóle nie mogłam się w niej odnaleźć. Walczyłam dwa dni, pełna nadziei, że chociaż końcówka nieco mnie ocuci, ale nic z tego.

Może sama jestem sobie winna, bo za dużo oczekiwałam. Autor raz poszedł innym torem, a ja narzekam, prawie jakby świat nam się kończył. Może Nie zmienia to jednak faktu, że Alex i Ślubna suknia przyzwyczaiły mnie do zupełnie innych metod budowania nastroju. Były zwroty akcji, była brutalności oraz napięcie bliskie thrillerowi, a tu co? „Zwykły” kryminał z żądzą odwetu.

Fakt. Pierrowi należy się pochwała za odstępstwo od schematu, tylko w momencie, gdy pomysł jest tym, co w jego powieściach najlepsze, każda zmiana może się okazać strzałem w kolano. Tutaj niestety tak było i mam wrażenie, że największą ofiarą tej książki, jest właśnie jej autor.

Miernej jakości kryminał, który po fantastycznej Alex, radzę sobie odpuścić.


Pierre Lemaitre „Ofiara”
Ilość stron: 352
Wyd. Muza
Ocena: 3/6

czwartek, 10 lipca 2014

Sąd ostateczny - Anna Klejzerowicz

Motyw kryminalny taki, jak zawsze - porwali, zabili, zbezcześcili. Nic szczególnego. Za to przemycona w powieści historia obrazu, zmienia według mnie całą postać rzeczy.

Od razu przypomniało mi się napięcie, znane z Kodu Leonarda Da Vinci. Oczywiście tu, aż tak daleko posuniętej analizy nie znajdziemy, bo zamysł książki jest zupełnie inny, jednak kiedy ciekawość sprawia, że równocześnie z lekturą zaczynasz śledzić ruchy malarza na płótnie, to znak, że autor świetnie poradził sobie z tematem.

Obraz Memlinga kojarzą chyba wszyscy. Tryptyk przedstawiający dzień sądu ostatecznego, napawał ludzi grozą od końca XV wieku. W czasach obecnych fanatyków na nim bazujących, również nie brakuje, a powieść Anny Klejzerowicz w bardzo ciekawy sposób to wykorzystuje. 

Trzy podobne do siebie zabójstwa z rzędu, cztery ofiary i tylko jeden łączący je motyw, obraz Memlinga. Kto chce w Gdańsku głosić sprawiedliwość, za pomocą tak prymitywnych metod?

Nie będę się wdawać w szczegóły fabuły, bo cały jej urok tkwi w samodzielnym rozwiązywaniu zagadki, muszę jednak przyznać, że kryminały wychodzą Klejzerowicz dużo lepiej, niż powieść obyczajowa. Nie tak dawno temu czytałam jej Czarownicę, i mimo że książki bardzo się nie czepiałam, to Sąd zawiera w sobie zdecydowanie więcej tego "czegoś".  

Plując sobie w brodę, że będąc w Gdańsku nie poszłam zobaczyć na własne oczy Memlinga (ale jeszcze to nadrobię!) serdecznie polecam Wam lekturę tej książki. Kryminał, jak kryminał, za to historia obrazu warta jest poznania.


Anna Klejzerowicz „Sąd ostateczny”
Ilość stron: 316
Wyd. Replika
Ocena: 4/6

środa, 9 lipca 2014

Wypatrując obiecywanego skwaru

Ponieważ aura za oknem, jak zwykle jest cudowna (gdzie te obiecane upały ja się pytam?), dzisiejszy wieczór spędzę w towarzystwie Ofiary pana Lemaitre. Żywię wobec tej książki ogromne nadzieje, w pełni zasadne pamiętając jego Alex i Ślubną suknię, dlatego trzymajcie kciuki żeby nie zawiodła.


A ponieważ do tego wszystkiego mam michę owoców, tabliczkę czekolady i jutro dopiero na dwunastą do roboty - szykuje się zarwana noc. 

Radzicie sobie jakoś z deszczem? Ponoć ulewy opanowały już cała Polskę… :/

wtorek, 8 lipca 2014

Uśmiech gekona - Dorota Sumińska

Azja nigdy nie leżała w kręgu moich zainteresowań. Cały kontakt z nią ogranicza się u mnie do Murakamiego i stołowania się w chińsko-indyjskich restauracjach, dlatego powiedzmy to sobie szczerze – zupełnie nic o niej nie wiem.

Uśmiech gekona trafił w moje ręce ze względu na Dorotę Sumińską i jej ogromny talent do opowiadania historii. Uznałam, że jeżeli ktoś ma szansę, przekonać mnie do tego kawałka Ziemi, to tylko ona.

Autorka w Indochinach zostawiła swoje serce. Oczarowana ludźmi oraz pięknem przyrody, wielokrotnie do nich wracała, odkrywając przy tym, co znaczy zaufanie i miłość, w pełni okazywana człowiekowi. Obiektem jej największych wzruszeń, jak zwykle były zwierzęta. Śpiewające warany, małpy zachowujące się niczym dzieci. Na tym krańcu świata, czas płynie swobodniej, dlatego jedna wyprawa nieoczekiwanie przeobrażała się w następną. Borneo stawało się Filipinami, te z kolei Sri Lanką.

Niestety nie wszystko tu jest takie pięknie i cudowne. Choć ludzie są otwarci oraz chętni do rozmowy, to bieda nieustannie depta im po piętach. Rozrastające w błyskawicznym tempie plantacje, zagrażają setką gatunków, a dzika przyroda zostaje zepchnięta w granice rezerwatów.

Sumińska chce nas wyczulić na takie sprawy. Zachęcić do szukania informacji i podróżowania, bo Azja, mimo że nieokiełznana, jest podróżnikowi bardzo przychylna. To, co od samego początku zwraca w książce uwagę, to atmosfera. Praktycznie rodzinny klimat, w większości odwiedzanych miejsc, bo Sumińska nie kolekcjonuje wrażeń – ona zbiera uśmiechy.

Sposób w jaki Dorota poznaje świat, w stu procentach odpowiada moim poglądom. Trzeba być blisko, trzeba te kraje dotknąć, wręcz zatopić w nich zęby… I wiecie co? Do takiej Azji z przyjemnością bym się wybrała.


Dorota Sumińska „Uśmiech gekona. Azja jakiej nie znacie”
Ilość stron: 200
Wyd. Literackie
Ocena: 4,5/6

niedziela, 6 lipca 2014

I dobry Bóg stworzył aktorkę - Agata Pruchniewska

Mam dla Was coś fajnego :) Lekkiego, za to napisanego z pomysłem, bez ciamajdowatej Zosi i prowincji, przez którą ma się ochotę szybko wziąć nogi za pas. Rzecz tym razem tyczy się aktorki, i chociaż nagromadziło się tu sporo sytuacji komicznych, książka jest w stanie wiele nas nauczyć.

Zatem: czy są na sali przyszli aktorzy? Kamikadze chcący udawać zwierzęta oraz śmiałkowie gotowi hasać po auli w obcisłych legginsach? Jeżeli tak, to dobrze – ta powieść powstała z myślą o was i ku waszej wyraźnej przestrodze ;) 

Przeciętny zjadacz chleba wie, że droga do stania się aktorem jest długa i skomplikowana, że są trudne egzaminy oraz kuriozalne zadania. Tylko mało kto pojmuje, jak wielka jest to orka na ugorze. Czujesz, że masz talent, ale komisja egzaminacyjna szybko temu zaprzeczy; że z dykcją jest u ciebie dobrze – niestety nie, nie wymawia pani „s”; że jesteś silna i dasz sobie radę. Nic z tych rzeczy, a przykład Doroty szybko wam to wytłumaczy. 

Agata Pruchniewska umiejscowiła w powieści swoje alter ego i jest to najlepsze, co mogła zrobić. Ukończywszy szkołę aktorską, dokładnie wie, czym to wszystko pachnie, stąd czytając o przygodach Doroty, poznajemy od podszewki zawód i konfrontujemy jej marzenia z realiami.

Ja wiem, że w ogólnym rozrachunku nie jest to nic wielkiego, ani pisanego wyszukanym językiem, tyle tylko, że książka Agaty zdecydowanie broni się pomysłem. Przemycenie do fabuły własnych doświadczeń, świetnie się tutaj sprawdza. Jest mądrze i co najważniejsze oryginalnie. 

Takie spojrzenie na kobiecą literaturę, to ja bardzo lubię. Pakując torbę na wakacje, pamiętajcie o Aktorce

Agata Pruchniewska „I dobry Bóg stworzył aktorkę” 
Ilość stron: 352 
Wyd. SOL 
Ocena: 4,5/6

sobota, 5 lipca 2014

Ciasto bananowe z truskawkami

Ponieważ poprzedni wpis z Muffinami cieszył się sporym zainteresowaniem, dziś kolejny przepis z cyklu, który lubię najbardziej, czyli: wrzuć wszystko do gara i wymieszaj :)


Oto przed Wami: CIASTO BANANOWE Z TRUSKAWKAMI


Składniki:

Krem:
serek mascarpone 250g
jogurt typu greckiego 300g
2 łyżki miodu

Ciasto:
2 jajka
2 szklanki mąki
120ml oleju
4 bardzo dojrzałe banany
1/3 szklanki cukru (spokojnie można dać więcej, ja po prostu nie lubię bardzo słodkich ciast)
łyżeczka cynamonu
pół łyżeczki gałki muszkatołowej
łyżeczka sody + łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli

Przygotowanie: 

Banany gnieciemy, dorzucamy do nich jajka oraz olej, po czym dokładnie mieszamy. Suche składniki łączymy w osobnej misce i wsypujemy do mokrych. Mieszamy aż wszystko ładnie się połączy (ciasto będzie gęste i lepkie).

Przekładamy je na dwie formy do tarty o średnicy ok. 20cm i pieczemy przez 35-40 minut w temperaturze 180'C - sprawdzamy patykiem, czy ciasto jest suche. 

Kiedy blaty są gotowe, odstawiamy je do wystudzenia, a w między czasie przygotowujemy krem. Ser i jogurt muszą być prosto z lodówki! 

Za pomocą miksera ucieramy mascarpone aż będzie puszysty, a następnie stopniowo dodajemy jogurt i na końcu miód. Przekładamy blaty kremem, na wierz kładziemy owoce - ja dodałam truskawki, ale w oryginalnym przepisie są borówki (moje jeszcze nie dojrzały, więc ratowałam się tym, co akurat było w kuchni).

Całość wstawić na co najmniej godzinę do lodówki - będzie lepiej się kroić. 



Wersja z truskawkami jest dobra, ale obstawiam, że jagody będą jednak dużo lepsze. Brakowało mi kwaśnego kontrastu do bananowego ciasta, dlatego w przypadku kolejnej sztuki z truskawkami, dodam do kremu trochę soku z cytryny. Wam polecam to samo. 

                                                                                                                                      SMACZNEGO!