piątek, 28 listopada 2014

Grobowiec ciszy - Tove Alsterdal


W obliczu nieuleczalnej choroby matki, Katrine dowiaduje się, że jest właścicielką domku, leżącego w Finlandii. Posiadłość jest stara i mało kto wie o jej istnieniu, anonimowy kupiec, oferuje jednak za nią, horrendalną sumę pieniędzy. Nie chcąc sprzedawać niczego w ciemno, Katrine leci do Kivikangas obejrzeć miejsce, gdzie wychowała się jej matka. Nie wie, że zaledwie przed kilkoma dniami zamordowano tam człowieka, a mieszkańcy wioski są ze sobą bardzo skoligaceni.

Grobowiec ciszy opisuje skomplikowane relacje, pomiędzy dziećmi i sąsiadami, w obliczu toczącej się dawno temu wojny. Jedni byli neutralni, unikali mieszania się w politykę, drudzy wręcz przeciwnie, kierowali się ku obcym racją, sprzymierzając się z wrogiem. Od takiej decyzji odwrotu już nie było, a losy kilku mieszkańców Kivikangas, wyraźnie to udowadniają.

Złożoność stworzonej przez Alsterdal historii, zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Próby odtworzenia realiów tamtego okresu, napięcia, jakie bezustannie towarzyszyło życiu na wsi - mistrzostwo świata. Sama jednak książka, totalnie mnie rozczarowała. Za dużo w niej polityki oraz usypiającego tonu, który miał pewnie oddać izolację Kivikangas, a de facto uśmiercił całą historię. 

Kryminał z tego żaden, bo napięcia nie sposób się w nim doszukać. Obyczaj też marny - bohaterów jest mnóstwo, ale każdy opisany raczej pobieżnie… Rozczarowałam się i tyle. Widać, piękna okładka, to kolejny raz nie wszystko.


Tove Arsterdal "Grobowiec ciszy"
Ilość stron: 496
Wyd.Akurat
Ocena: 3/6

czwartek, 27 listopada 2014

Blaski i nędze życia w PRL - Wacław Klag


Urodziłam się pod koniec lat osiemdziesiątych, dlatego realia PRL-u są dla mnie tylko mglistym wspomnieniem. Ogromnie jednak fascynuje mnie ten okres w dziejach Polski i przyglądam się mu nie tylko z perspektywy domowych opowieści i telewizyjnych kronik, ale przede wszystkim publikacji takich, jak ta.

Miałam przyjemność zapoznać się z kilkoma tytułami, opowiadającym o Rzeczpospolitej Ludowej, ale większość z nich ukazywała jaśniejszą, wydaje mi się, że sztucznie wybarwioną rzeczywistość. W przypadku Blasków i nędzy sprawa wygląda zupełnie inaczej – tytuł opiera się na fotografiach Wacława Klaga, a Leszek Sosnowski tylko krótko je komentuje.

Nowość Białego Kruka zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, ale najważniejszą opinię wydali jej moi rodzice, którzy dosłownie na każdej fotografii odkrywali zakurzone wspomnienia oraz sprzęty, które kiedyś stały w domu. Nasz rynek cyklicznie zalewają pozycje o motoryzacji i absurdach tego okresu. Była próba odtworzenia PRL-u w XXI wieku (książka Meyzy) oraz nostalgiczna wyprawa po bimber (Alkohol i muzy-Sławomira Koper), każda z nich naznaczona została jednak komentarzem autora, a tu to odbiorca, ma pełne pole do popisu.

Wielką przyjemność sprawiła mi ta książka. Pięknie wydana i ukazująca prawdziwy obraz historii, z entuzjazmem przyjęta została w moim domu, bo w pamięci zachować trzeba nie tylko to, co było dobre, ale przede wszystkim rzeczy złe, by więcej do tego nie dopuścić.


Wacław Klag „Blaski i nędze życia w PRL”
Ilość stron: 234
Wyd. Biały Kruk
Ocena: 5/6

środa, 26 listopada 2014

Biały Kafka - Grzegorz Kozera

"Wypiłem i zakąsiłem, potem znowu (...) lecz czas płynął, a sieroca samotność i dotkliwe poczucie opuszczenia przez wszystkich nadal mi doskwierały".*

Alkohol, to jeden z najdoskonalszych środków do upodlenia człowieka. Powszechnie dostępny, stosunkowo niedrogi i niestety zawsze skuteczny.

Bohaterem Białego Kafki jest dziennikarz, który przez alkohol, najpierw traci miłość swojego życia, a potem stara się ją panicznie odzyskać. Praktycznie każda butelka i towarzysząca jej impreza, jest okazją do poznania nowej kobiety. Najpierw drink, potem dotyk, wspólna noc i wielkie rozczarowane - schemat niezmienny.

Grzegorz Kozera, w ironicznych słowach, opowiada o upadku swojego bohatera, zaskakując nas przy tym, jego mądrością i oczytaniem. Facet doskonale wie, kiedy i co powiedzieć, jest w stanie napisać poczytny artykuł, tylko dlaczego na własne życzenie pakuje się w takie bagno? - nie wiemy.

Biały Kafka to opowieść bez fekaliów, za to z gorzką prawdą o życiu alkoholika. Szczera, bezpretensjonalna, po prostu lektura, jaką warto znać, by nie przeżyć tego samemu.

"Picie w samotności, przypomina umieranie w samotności", a alkoholik na końcu zawsze zostaje sam.


Przeczytaj też: Pod Mocnym Aniołem - Jerzy Pilch

Grzegorz Kozera "Biały Kafka"
Ilość stron: 208
Wyd. Dobra Literatura
Ocena: 4/6
* s.73

wtorek, 25 listopada 2014

Z sympatii do Serii z Miotłą


Wspominałam parokrotnie, jak ważna jest dla mnie Seria z Miotłą. Że wracam do niej cyklicznie, a tytuły kupuję w ciemno, nie sprawdzając już nawet czego dotyczą.

Cała przygoda zaczęła się w dniu, gdy w Centrum Taniej Książki mój wzrok przyciągnął grzbiet z zabawną miotłą. Logo kojarzyłam trochę z Internetu, ale nigdy nie sprawdzałam, o co właściwie z nim chodzi. Powieść Przypomnij sobie Eliny Hirvonen, bo o niej mowa, zachęciła mnie jednak na tyle mocno, że zabrałam ją do domu, przeczytałam i mimo, że od tego momentu minęły niespełna cztery lata, na półce stoi już czterdzieści dziewięć tomów. 

Kobiety z całego świata, piszą w Miotle o tym, co jest dla nich ważne i jak się okazuje, czynią to na tyle uniwersalnie, że ich słowa trafiają do mieszkanek drugiego końca globu. Utarło się, że Seria to literatura dla kobiet, ale ja określam ją po prostu mianem cyklu dla wrażliwych ludzi. Sporo w niej dramatów oraz nostalgicznej prozy. Są zbiory opowiadań, lekkie obyczaje oraz pamiętniki, które wielu osobom otworzą oczy. 

Lubię te książki, choć nie wszystkie mnie zachwycają. Ubolewam nad grafiką, która pozbawiona została miotły, cieszę się natomiast, że jakość pióra jest wciąż taka sama. Kto czytał niech powie, jaki tytuł lubi najbardziej, a kto jeszcze nie zna, zachęcam by wstąpić do "taniej książki" - z doświadczenia wiem, że jakiś tom, zawsze tam na czytelnika czeka. 


p.s. gdy pierwsze zdjęcie otworzycie w nowym oknie, da się je sporo powiększyć.

niedziela, 23 listopada 2014

Sekta - Graham Masterton

Sekta to wznowienie powieści, która w roku 2003 ukazała się pod tytułem Święty terror. Opowiada ona o Conorze O’Neillu, który mimo udaremnienia napadu na luksusowy sklep w Nowy Jorku, zostaje oskarżony o popełnienie tego przestępstwa. Usiłując oczyścić swoje imię, O’Neill trafia na ślad sekty, która przygotowuje się do zamachu terrorystycznego z użyciem hiszpańskiej grypy.

Sensacja w wykonaniu Mastertona, to tak naprawdę, rzecz niewiele różniąca od innych jego powieści. Mamy tu całe spektrum szalonych postaci, wśród których prawość i uczciwość głównego bohatera zaczynają urastać do rangi wynaturzenia – facet muchy by nie skrzywdził, co jednak nie przeszkadza mu w skutecznej walce z terrorystami oraz hipnotyzerami rządnymi krwi.

Fabuła zawiera umowny poziom prawdopodobieństwa, ratowany przez motyw hipnozy, której w literaturze nie spotyka się zbyt często. Właściwie jej tajniki i cel, w jakim jest wykorzystywana, to największe atuty historii. Obiekcje wobec książki mam tylko dwie: zakończenie mogłoby być ciekawsze i główny bohater mniej krystaliczny, jednak w natłoku dziwnych pomysłów Mastertona, Sekta nie wypada wcale tak źle.

Nie jest to hit na miarę Drapieżców, co więcej pewno zawiedzie i tych co lubią horrory, i tych co lubią sensację, oceniając jednak Mastertona przez pryzmat własnej twórczości, książka wypada po środku jego dokonań.

Graham Masterton „Sekta”
Ilość stron: 384
Wyd. Replika
Ocena: 3,5/6

czwartek, 20 listopada 2014

Miniaturzystka - Jessie Burton

Właśnie na taką książkę czekałam. Pięknie wydaną, błyskotliwą, a przede wszystkim utkaną z gęstej sieci połączeń, skumulowanych wokół tajemnicy, której nie da się, w żaden sposób rozwikłać. 

Nella, decydując się na małżeństwo, miała nadzieję otworzyć nowy rozdział w swoim życiu. Przeprowadziła się do Amsterdamu, stała się panią dobrze sytuowanego domu, ale nijak w tej rzeczywistości nie może się odnaleźć. Johannes traktuje ją jak powietrze, skąpiąc czułości i wspólnych nocy. Szwagierka jest oschła od pierwszego dnia przyjazdu, a jedyną pociechą staje się dla niej ślubny prezent od męża - replika kamienicy w której mieszka. Zafascynowana tym przedmiotem Nella, najmuje miniaturzystę, by sporządził do domku mieszkańców oraz wyposażenie. Trwoga pojawia się w momencie, gdy zamówione figurki w zagadkowy sposób zaczynają pasować do okoliczności, a ich twórca okazuje się być kobietą.

Petronella Oortman to realna postać żyjąca na przełomie XVII i XVIII wieku. W Muzeum Państwowym w Amsterdamie na własne oczy zobaczycie jej domek, ale prawdziwa magia rozkwita dopiero, po zetknięciu się z książką Jessie Burton.

Historia zachwyciła mnie dopiero od piętnastej strony, bo w sam wstęp ciężko było mi się wdrożyć. Bałam się, że kolejny raz moje nadzieje rozbiją się o rzeczywistość, ale na szczęście nie tym razem. Miniaturzystka to powieść pisana od serca, w której bohaterowie mają dusze i liczne zmartwienia. Burton potrafi pisać o stracie nie sięgając po utarte schematy, a jednocześnie wiernie trzyma się realiów tamtego okresu. 

Miniaturzystka urzekła mnie nastrojem i zawartą w niej prawdą. Bohaterowie bezustannie się zmieniają, natomiast baśniowa oprawa, nawet w połowie, nie oddaje złożoności oraz bogactwa zamkniętej na jej stronach udręki. Zdaję sobie sprawę, że moje słowa brzmią jak enigma i, że brakuje w nich konkretów, ale machnijcie na to ręką. Książkę musicie przeczytać, oto całe przesłanie tego tekstu.


Jessie Burton "Miniaturzystka"
Ilość stron: 464
Wyd. Literackie
Ocena: 6/6

środa, 19 listopada 2014

Droga - Cormac McCarthy


Zagłada według McCarthy'ego, to cisza wypełniona dymem i obrazem płonących lasów. Porażająca w swej prostocie opowieść o wędrówce ojca i syna, stała się najważniejszym tytułem w nurcie post-apokaliptycznym i wcale się temu nie dziwię.

W Drodze znajdziemy sceny, które mrożą krew w żyłach, akty kanibalizmu oraz przemoc, która na nikim nie robi już wrażenia. Jednak tym, co przede wszystkim, czyni tę powieść wyjątkową jest klimat - szary, zamarły w bezruchu świat i dwójka wędrowców walcząca o życie. 

Druzgocące wrażenie wywołuje też spokój. To jak dziecko przechodzi z tematyką śmiercią do porządku dziennego, pytając jaki czeka je koniec, w trakcie najzwyklejszej rozmowy. W tym świecie nie ma czasu na konwenanse. Gdy deszcz leje się z nieba, a na każdym kroku czają się ludzkie bestie, jedyne co ma jakiekolwiek znaczenie, to znaleźć w sobie odwagę by przetrwać jeszcze jeden dzień. 

Uwielbiam takie niepozorne książki, pełne wymownych scen i oszczędnych dialogów. Klasyka przy której bajki, jak Gwiazdozbiór psa mogą się tylko schować. 

Świat po zagładzie:


Cormac McCarthy "Droga"
Ilość stron: 268
Wyd. Literackie
Ocena: 5/6

poniedziałek, 17 listopada 2014

Odcienie miłości - Alice Munro

Mówią, że jest ślepa, braterska, albo trwa aż po grób. Że to najczystsze uczucie na ziemi, ale najsilniejsza jest między matką a dzieckiem. Odcienie miłości Alice Munro trochę temu zaprzeczają. W jej wyobrażeniu uczucie to urasta do rangi obowiązku i przyzwyczajenia. Bohaterowie wchodzą w skomplikowane związki, często na przekór logice.

Z zamysłu każde, z jedenastu zawartych tu opowiadań, było mi dość bliskie, lecz nie zauroczyły mnie one jako literatura. Absolutnie nie twierdzę, że Munro jest słaba, tylko przywykłam do faktu, że powieści noblistów są jakby to powiedzieć… intensywniejsze, bardziej wyraziste w odbiorze, przez co od pierwszej strony wiemy czy nam się to podoba czy nie.

W Odcieniach wszystko jest neutralne, takie poprawne, niczym nie szokuje, żadnych granic nie przekracza. A ja lubię, gdy noblista wsadza kij w mrowisko, gdy się o nim dyskutuje, często przy tym krytykując. Tak było z Saramago, Steinbeckiem, nawet z Doris Lessing.

Munro jest dobra, ale nic poza tym. Miano mistrzyni opowiadań zostaje przy Amelie Nothomb, którą serdecznie polecam - ta kobieta jest fantastyczna! 


Alice Munro "Odcienie miłości"
Ilość stron: 512
Wyd. Literackie
Ocena: 4,5/6

niedziela, 16 listopada 2014

Piórka


Pamiętajcie by dokarmiać zwierzęta - a nóż pewnego dnia trzymacie w podzięce takie oto cuda.
Kolekcja rośnie.

sobota, 15 listopada 2014

Minimalizm po polsku - Anna Mularczyk-Meyer

Mam wrażenie, że nam książko-holikom, jest chyba najtrudniej zaprzyjaźnić się z minimalizmem. Tytuły dostajemy, kupujemy, wypożyczamy, a właściwie, gdybyśmy cały czas tylko siedzieli i czytali, to i tak połowa ciekawych pozycji uciekła by nam sprzed nosa. Nie da się wszystkiego poznać, odłożyć na półkę i czekać na potem.

Na początku swojego blogowania, gdy zaczęły się pojawiać propozycje od wydawnictw, wpadłam w sidła darmowych egzemplarzy. Brałam co popadło, bo a nóż mi się spodoba, a efekt był tylko taki, że frustrowałam się stosem czekających na mnie tytułów, na część których, w ogóle nie miałam ochoty. Dziś trzy razy zastanowię się nad książką, niż pozwolę by ktoś mi ją wysłał, lecz nadal mam ciężko rozstać się z posiadanymi już tytułami. To kwestia nad którą muszę jeszcze pracować, a dlaczego o tym w ogóle wspominam? Bo książka Anny Mularczyk-Mayer to najlepsze wsparcie, w jakie możemy się zaopatrzyć przed nadchodzącymi świętami.

Minimalizm po polsku to zdrowsze podejście do prostego życia, niż reprezentuje osławiona już Dominique Loreau. Istotę tego nurtu można zamknąć w jednym zdaniu: mniej rzeczy to mniej stresów, wydatków, sprzątania i odkurzania, a więcej miejsca. Kto z nas nie czuje się lżejszy, gdy uporządkuje szafę i z półek nie spadają na niego dziesiątki rzeczy? Porządek to pierwszy krok do minimalizmu, ale nie dotyczy on tylko przedmiotów. Mniej pragnień to też mniej obowiązków, stresu i więcej czasu wolnego. 

Podobało mi się, że autorka bardzo trzeźwo opisuje minimalizm, bo jego istotą nie jest pozbywanie się dóbr i przyzwyczajeń, ale ich świadome dobieranie do swoich potrzeb. Historia Polski niejako wpoiła w nas manię zbieractwa. Trzydzieści lat temu ciężko było cokolwiek dostać, stąd od rodziców zapożyczyliśmy zwyczaj chomikowania "na potem". W 99% przypadków "potem" nie następuje, jednak dzięki Mularczyk będziemy w stanie powoli sobie z tym poradzić. 

Fantastyczna książka po której od razu nabrałam ochoty do działania - a jak powszechnie wiadomo, poradników nie znoszę - więc niech to będzie dla Was podwójna zachęta.


Anna Mularczyk-Meyer "Minimalizm po polsku"
Ilość stron: 192
Wyd. Black Publishing
Ocena: 5/6

piątek, 14 listopada 2014

Treść kontra okładka

Mówi się, aby nie sądzić książki po okładce, ale u mnie się to w ogóle nie sprawdza. Od zawsze byłam wzrokowcem i pierwsze na co zwracam uwagę, to właśnie oprawa. 

Pamiętam wpis Mariusza Szczygła z Dużego Formatu, gdzie apeluje do Sonii Dragi słowami: "Kochana Soniu Draga, wiem, że wydajesz Dana Browna i na Twojej stronie www słowa „przerażający”, „piekło”, „thriller”, „apokaliptyczny" są błogosławione między słowami i podświetlone na złoto, żeby kopulować z naszym wzrokiem. Wiem, że wydajesz książki, dzięki którym masy Polaków przekonują się, że czytanie nie boli. Ale – please – wydawaj po dwie wersje okładkowe: dla estetycznych przymułów i dla nas. Bo szkoda wybitnych książek, Larson to nie Brown przecież". 


Jak widać okładka jest ważna i już. Oczywiście wybierając książkę nie można się sugerować wyłącznie nią, ale osobiście, gdy jakaś powieść ma kilka wydań, zawsze poluję na to najmilsze dla oka, nawet jeśli zajmuje mi to kilka miesięcy (sic) albo kosztuje nieco więcej niż zwykle - patrz limitowane wydania Bierek i Berka oraz trzy dni temu pokazywany Middlesex

W ogóle powieść Eugenidesa, to świetny przykład mojej "choroby", bo mierzyłam się na nią ponad rok. Pierwszy raz zobaczyłam Middlesex w Matrasie za marne 15zł, ale paskudny ślimak na okładce, skutecznie mnie do niej zniechęcił. Czekałam, pilnowałam, aż  na Allegro pojawi się ona w dobrej cenie i oprawie z Sonii Dragi (taki paradoks względem wstępu i słów Mariusza Szczygła) i jakby nie patrzeć, zajęło mi to około czternastu miesięcy....

A teraz pytanie do Was: tylko ja jestem takim graficznym zboczeńcem czy są tu wariaci podobni do mnie? Okładka jest ważna czy zupełnie nie ma znaczenia? 

czwartek, 13 listopada 2014

Morderstwo w akademii - Martin Olczak

Morderstwo w Akademii wygląda na początku, jak ukłon złożony w stronę klasycznego kryminału. Mamy mordercę w płaszczu i z cylindrem na głowie. Narzędziem zbrodni jest zabytkowy rewolwer, a ofiary giną od wystrzału z bliskiej odległości. Im jednak dalej w historię się zanurzamy, tym coraz większe niespodzianki na nas czekają. Zmienia się broń oraz umiejętności sprawcy, a historia zaczyna sięgać w coraz dalszą i mroczniejszą przeszłość.

Jak samo nazwisko wskazuje, Martin Olczak jest Szwedem polskiego pochodzenia, który sporo namieszał w ojczyźnie, wypuszczając Akademię na dzień przed wręczeniem literackiej nagrody Nobla. Trudno mi powiedzieć na ile opisane w niej wydarzenia (te historyczne) bliskie są prawdzie, ale napięcie potęgowane jest z minuty na minutę. 

Powieść, traktująca o morderstwach członków Noblowskiej Akademii, robi bardzo dobre wrażenie. Martin Olczak fantastycznie łączy przeszłość ze współczesnością. Są tu sceny żywcem wyjęte z Agathy Christie, jak i elementy dochodzenia, nie ustępujące zaawansowanej kryminalistyce. Dla mnie największą jednak zaletą, były nawiązania do Noblistów (będące wstępem do każdego rozdziału) oraz dziesiątki szwedzkich ciekawostek, wplecionych w akcję i omówionych dokładnie w przypisach. Szkoda tylko, że jedyny Polak w fabule musiał się okazać zapijaczonym bezdomnym, a stereotyp ten coraz mocniej zagnieżdża się w naszej psychice.

Znakomicie napisany, przemyślany i dający do myślenia kryminał, po którym doszłam do wniosku, że znajomość czternastu noblistów, to strasznie marny wynik i, że muszę w końcu poznać Krystynę córkę Lavransa autorstwa Undset.

Martin Olczak "Morderstwo w akademii"
Ilość stron: 448
Wyd. Pascal
Ocena: 5/6

środa, 12 listopada 2014

Stos

Już blisko dwa miesiące nie publikowałam żadnego stosu, ale miast rzucać na stronę, dziesiątki przybyłych do mnie tytułów, to zestawienie będzie inne, bo ujęłam w nim tylko te książki, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie, albo równie wiele od nich oczekuje.


O Gardellu już pewnie czytać nie możecie, ale jeszcze raz podkreślę, że trzeba poznać jego Miłość i Chorobę i ogromnie się cieszę, że znalazłam w oficjalnym wydaniu Dojrzewanie błaznaEugenides i Helgason to klasyka na którą czaiłam się od zeszłego lata i festivalu Conrada. Pisane słońcem urzekło mnie językiem, Piaskowa Góra sposobem narracji, a po Nocnych zwierzętach wiele sobie obiecuję.

Te tytuły to z kolei wielka tajemnica. Drugie podejście do Iwasiów (choć przy pierwszym nie zostawiłam na niej suchej nitki), zachwalani wszędzie Cabré i Munro (tak, to moje debiutanckie spotkanie z autorką. wiem że wstyd, ale co poradzić). Minimalizm po polsku - oby mniej drastyczny niż w wykonaniu Dominique Loreau oraz reszta powieści przy, których mam zamiar po prostu mile odpocząć. 


Po ostatnich doświadczeniach zupełnie nie wiem, co z tego wyjdzie.  Bądźmy jednak dobrej myśli i trzymajmy kciuki, że kolejny czas nie będzie zmarnowany.

wtorek, 11 listopada 2014

19 razy Katherine - John Green


Kiepski mam ten tydzień, jeśli chodzi o książki. Lubieni dotąd pisarze, co rusz mnie rozczarowują i po zawodzie z Ahern, dziś odkryłam wtórnego i beznadziejnego do granic możliwości Greena. 

Colin chodził z dziewiętnastoma dziewczynami, które miały dwie wspólne dla siebie cechy - wszystkie nazywały się Katherine i wszystkie w pewnym momencie go zostawiły. Chcąc zrozumieć dlaczego się tak dzieje, obmyśla matematyczny wzór, który pozwoli mu przewidzieć, jak rozwinie się nowe uczucie. Sprowadzając miłość do równania, chłopak stara się dotrzeć do samego siebie, w czym pomaga mu zwariowany przyjaciel. 

Trudno mi pojąć co się stało Johnem, ale 19 razy Katherine nie da się po prostu czytać. Jest przeładowana intelektualnym bełkotem oraz postaciami, które zachowują się nad wyraz irytująco. A  już czego wybitnie nie rozumiem, to zrezygnowania z kulturalnych wstawek, które tak wiele wnosiły do poprzednich historii, na rzecz matematycznej teorii, przez którą rozbolała mnie tylko głowa.

Powiem to i dam sobie z Johnem spokój - pisać potrafi, pomysły ma niezłe, ale dlaczego po raz czwarty (!!) opiera książkę na jednym i tym samym motywie (chłopak i jego dziwne relacje z dziewczynami, plus motyw drogi) nie jestem w stanie wyjaśnić. W momencie ukończenia wszystkich dostępnych dla mnie książek Greena, stwierdzam, że facet jest przereklamowany i bazuje na jednym hicie - co na bank go zgubi. 

19 razy Katherine, a Szukając Alaski są jak ogień i woda - ostrzegam, pierwsza parzy boleśnie. 



John Green "19 razy Katherine"
Ilość stron: 304
Wyd. Bukowy Las
Ocena: 2,5/6

poniedziałek, 10 listopada 2014

Pora na życie - Cecelia Ahern

Porę na życie dostałam jakieś trzy, cztery miesiące temu, co jak na książkę Ceceli Ahern, jest szmatem czasu spędzonym na półce. Wszystko to z natłoku obaw, że się zawiodę, bo już o Zakochać się miałam mieszane uczucia.

Tym razem historia skupia się wokół Lucy, która zaczęła naginać rzeczywistość do tego stopnia, że można ją nazwać chroniczną kłamczuchą. W pracy, w domu, nawet wśród przyjaciół stale odgrywa kogoś innego, ale wszystko to do czasu, gdy do jej skrzynki trafia zaproszenie do spotkania się z Życiem. Wkrótce Lucy będzie musiała przestać oszukiwać wszystkich oraz przygotować się do poznania prawdy o samej sobie.

Uwielbiam, gdy książka zawiera czynnik, który mnie uzależnia i sprawia, że nastawiam budzik o godzinę wcześniej. Tak wyglądało doświadczenie z Dziewczyną w lustrze oraz Setką imion, ale w Porze na życie czegoś mi zabrakło.

Nie odnalazłam się w tej książce. Niby to ciągle ta sama Ahern, tylko, że w tym wydaniu jakaś taka przewidywalna i zbyt melodramatyczna się zrobiła. Drażniła mnie naiwność Lucy i jej ślepe uwielbienie wobec Blake'a. Mam też wrażenie, że pisarka stale bazuje na jednym motywie, co z czasem zwyczajnie przestaje na czytelnika działać. Może by tak przełamać schemat i zamiast zagubionej kobiety, opisać rządnego sukcesu mężczyznę? Kto lepiej zna jej dorobek, niech znać czy u Ahern pojawia się w ogóle taki motyw.

Szału nie ma, ale sam pomysł z Życiem uważam za udany.



Cecelia Ahern "Pora na życie"
Ilość stron: 424
Wyd. Świat Książki
Ocena: 4,5/6

czwartek, 6 listopada 2014

Listopad w Dolinie Muminków

Cytat z zeszłego tygodnia, wielu z Was uznało za demotywujący i depresyjny, więc skoro pogoda jest dla nas nadal łaskawa, spójrzmy na jesień z nieco innej, Muminkowej strony. 

"Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiuśkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności."
                                                                                        Tove Jansson - Dolina Muminków w listopadzie


"Któregoś wczesnego ranka w Dolinie Muminków Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że nadeszła jesień i czas ruszać w drogę. Taki wymarsz zawsze jest nagły. W jednej chwili wszystko się zmienia, temu, kto odchodzi, zależy na każdej minucie, szybko wyciąga namiotowe śledzie i gasi żar, zanim ktokolwiek przyjdzie przeszkadzać i wypytywać, i zaczyna biec, w biegu zarzucając plecak, i wreszcie jest już w drodze, raptem spokojny niczym wędrujące drzewo, na którym nie rusza się ani jeden liść. Tam gdzie stał namiot, świeci pusty prostokąt trawy. Później, kiedy zrobi się dzień, zbudzą się przyjaciele i powiedzą:„Odszedł, widać jesień się zbliża”.
                                                                                        Tove Jansson - Dolina Muminków w listopadzie

 

środa, 5 listopada 2014

Żółte cytrynki - Kajsa Ingemarsson

Literatura skandynawska to nie tylko kryminały, czy wyciskająca łzy obyczajówka, choć bez wątpienia ambitniejsze tematy to właśnie to, z czym północne rejony kojarzą mi się w najbardziej. Jak się okazuje Szwedzi to też naród tworzący komedie romantyczne, ale nie powiedziałabym, że tym gatunkiem po raz drugi zawojują świat.

Książka Kajsy Ingemarsson opowiada o Agnes, która rzuca pracę kierownika sali w restauracji, bo jej szef jest wyjątkowo namolny. Teraz, gdy została na lodzie i szans na nową posadę praktycznie nie ma, okazuje się jeszcze, że jej chłopak od dawna ma kogoś na boku, a zakład, w którym pracuje prawie połowa rodzinnego miasteczka, za kilka miesięcy ma zostać zamknięty. Jak Agnes ułoży sobie teraz życie? I kim jest nowy, denerwujący ją muzyką sąsiad?

Żółte cytrynki to lektura dosłownie na jeden wieczór, przyjemna, przewidywalna, w pełni pasująca do gatunku, z jakiego się wywodzi. Pomijając jej koszmarną okładkę, która nijak ma się do treści, powieść czyta się zaskakująco dobrze. Słowa praktycznie same mkną nam przed oczami, ale jestem pewna, że z identyczną prędkością wymkną się też z mojej głowy.

Nic nadzwyczajnego, romantyczna książka jakich wiele, ale szwedzkie nazwy ponownie były miłe dla mojego oka.


Kajsa Ingemarsson „Żółte cytrynki”
Ilość stron: 303
Wyd. Słowo/Obraz Terytoria
Ocena: 3/6

niedziela, 2 listopada 2014

Piaskowa Góra - Joanna Bator

Wyczekałam się na tę książkę, jak mało kiedy. Tytuł, który niby w księgarniach jest, ale nigdzie dostać go się nie da. Wysoko oceniany, z każdej strony polecany i nareszcie po blisko roku – mój.

Piaskowa Góra to osiedle w północnej części Wałbrzycha, będące obiektem westchnień miejscowej ludności. To, że pełno w nim niedoróbek, właściwie się nie liczy, ważna jest renoma oraz fakt, że Jadzia Chmura właśnie się tu wprowadza.

Wątki, jakie przybliża nam Joanna Bator w swojej książce, koncentrują się wokół trzech kobiet: Zofii, Jadwigi i Dominiki – babka, matka, wnuczka – ale w gruncie rzeczy dotyczą wszystkich mieszkańców Wałbrzyskiej Góry. Niespostrzeżenie jeden motyw przemienia się w drugi, zahaczamy o II Wojnę Światową, o ukrywanie Żydów, ogólnie o życie w ten czas na Śląsku.  
Pierwszym, co czytelnik w powieści dostrzeże jest brutalny realizm. Piaskowa Góra to nic innego, jak dramat naturalistyczny, pozbawiony wszelkich znamion romantyzmu, choć uniesień opisano w nim niemało. Można narzekać, że polskie tytuły są ponure i traktujące wyłącznie o brudzie (co zarzuciła autorce już sama Kalicińska), ale trudno w wesoły sposób pisać o PRL-u.

Coś czuję, że po fazie Gardella będę Was zarzucać cytatami z Bator. Mistrzyni obserwacji i w pełni zasłużona zdobywczyni Nike.


Joanna Bator "Piaskowa Góra"
Ilość stron: 448
Wyd. W.A.B.
Ocena: 5/6