środa, 31 grudnia 2014

Jego wysokość Longin - Marcin Prokop

Najwyższy chłopak w swojej klasie oraz wśród kolegów na podwórku. Starszy brat Sebastiana, wielbiciel pierogów babci i twórczości wujka Dariusza. Oto Longin, czyli wspomnienia z dzieciństwa Marcina Prokopa.

Jego wysokość czytało mi się znaczniej przyjemniej, niż twórczość Chylińskiej. Może to zasługa elementów autobiografii, a może Marcin potrafi po prostu znacznie lepiej pisać. Więcej tu wątków, postaci, wydarzeń. Zabawnych sytuacji i prozy życia, która oczami dziecka wydawała się mi się przyjemna, jednak dla rodziców stanowiła nie lada wyzwanie.

Jak zmieścić dwoje chłopców w niby pokoju, urządzonym za lodówką? Pogodzić się z tym, że jeden z nich ma wymyślonego przyjaciela?

Jego wysokość Longin to przede wszystkim urok dzieciństwa. Bohater zbierający puszki, bawiący się w podchody… Podobała mi się ta książka, i to bardzo. Przywołała masę własnych wspomnień, zachęciła do przyniesienia starych pudeł ze strychu…
                                                    
Lektura zarówno dla dużych, jak i małych, choć w tym przypadku bardziej obstawiam za uciechą rodziców, niż ich dzieci. Przypisywanie Longina wyłącznie do gatunku bajki, mocno tej książce szkodzi. Stąd warto ją czytać, ponad podziałami.


Marcin Prokop „Jego wysokość Longin”
Ilość stron: 160
Wyd. Znak
Ocena: 5/6

wtorek, 30 grudnia 2014

Czym skorupka za młodu nasiąknie

Ostatnio w sieci popularny jest temat zabaw dziecięcych i tego, jak samemu spędzało spędzało się wtedy czas - wszystko przez Marcina Prokopa i jego książkę, o której jutro będzie więcej na blogu. Wzięło mnie przez to na wspominki i zmobilizowana jednym konkursem, wyskrobałam taką oto odpowiedź:

Podstawową zabawą rocznika ’87, była oczywiście różowo-neonowa guma, zawieszana od kostek po szyje i przeskakiwana na dziesiątki różnych sposobów. Najpierw było raz dwa trzy, potem raz dwa, a na raz człowiek często się „kuł”, bo zapomniał o środku, że trzeba go było wyskakać obiema nogami ;)


Nieśmiertelny był również berek, albo „masz go na wysokim” – biegało się po całym podwórku na zasadzie berka, ale kto wspiął się na coś wyższego, ten był nietykalny.

Do szkoły nosiło się buty na zmianę, butlę herbaty, drugie śniadanie, książki i oczywiście pięciokilogramowy segregator wypełniony po brzegi karteczkami ;) Na przerwach była wymiana i targowanie się, że Kaczor Donald to tylko za dwa inne wzory, a gwiazdy muzyki pop (spice girls czy backstreet boys - tak to "te" czasy) to minimum trzy albo cztery :)


Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że niby ta kolekcja to taka pierdoła, a do dziś mam segregator schowany na strychu. Gdzieś tam leżą też żetony z tazo (szał na Gwiezdne Wojny), a nim nastał na nie szał, zbierało się jeszcze karteczki z notesów z różnymi motywami, niestety one już się nie zachowały.

Były też pojedynki, kto włoży do buzi więcej gumy szok i się nie wykrzywi, budowanie zoo z udziałem zwierzaków z Kinder Niespodzianki, układanie puzzli (kocham je do dziś!) i moja pierwsza gra elektroniczna „Jajcołap”, czyli rosyjski Wilk i Zając skaczący po ekranie z koszyczkiem na jajka - nadal działa :))


Rany ile to już lat od tamtej pory minęło… aż normalnie żal mi tego okresu… A jakie były Wasze ulubione gry? Mamy jakieś wspólne wspomnienia?

p.s. zwróćcie uwagę na konsekwencję językową w albumie Tazo - "specjalna edition" i od razu robi się weselej :)

piątek, 26 grudnia 2014

Jadłonomia - Marta Dymek

Mówiono kiedyś, że bez mięsa nie da się dobrze zjeść. Dziś ten stereotyp na szczęście odchodzi już do lamusa, jednak wyeliminowanie z diety wszystkich, odzwierzęcych produktów, nadal wzbudza spore kontrowersje. Sama nie wyobrażam sobie życia bez serów oraz jajek, ale roślinne wcale nie oznacza dla mnie nudnie czy bezsmakowo. 

Jadłonomia to kolejna kulinarna nowość i blog przeniesiony z sieci w formę namacalną. Martę Dymek będą znać zarówno widzowie Dzień Dobry TVN, jak i miłośnicy wegańskich kulinariów. Sama odwiedzam ją od kilku miesięcy i uwielbiam czerpać z jej strony przepisy na ciasta oraz szybkie przekąski.

Nie jest to pozycja tak dopieszczona, jak opisywane niedawno What Katie Ate, ale nie mam wobec niej większych zastrzeżeń. Ogromnie cieszy mnie fakt, że "babcine", szare książki odchodzą w niepamięć, a kulinaria wydaje się teraz nie tylko dla smaku, ale ku uciesze wszystkich naszych zmysłów. 

Przepisy tworzone od podstaw i roślinne wariacje na temat dobrze znanych nam smaków. Jadłonomia to książka nie tylko dla chcących zdrowo się odżywiać, ale absolutnie dla każdego, kto choć trochę lubi warzywa. Udowadnia, że weganizm nie jest wcale wymysłem ortodoksyjnego dziwaka, a wykorzystywanie w tradycyjnej kuchni roślinnych pomysłów, staje się dla niej ciekawą alternatywą. 

Przepisy Marty:
1   I   2   I   3   
Marta Dymek "Jadłonomia"
Ilość stron: 288
Wyd. Dwie Siostry
Ocena: 5/6

czwartek, 25 grudnia 2014

What Katie Ate - Katie Quinn Davies


Wiem, że książki kucharskie powinny służyć do przyrządzania dań, ale są kompilacje przy których ich użyteczność nie ma większego znaczenia. Tytułem, który idealnie wpasowuje się ten nurt jest What Katie Ate i każdy kto weźmie go do ręki, dokładnie zrozumie, co mam na myśli. 

Katie jest w głównej mierze graficzką, a dopiero potem miłośniczką kuchni i blogerką. W jej publikacji wszystko dopracowane zostało do ostatniej kropki i nawet marginesy zachwycają starannością wykonania. W kwestii przepisów znajdziemy tu kilka wskazówek oraz praktycznych porad. Pomysły na śniadania i lunche, sałatki, kanapki, obiady, przekąski oraz desery… słowem dania na każdą okazję i porę dnia. Co jest jednak zaskakujące to fakt, że autorka dryg do fotografii odkryła w sobie bardzo późno, bo już po pierwszych cukierniczych eksperymentach, a blog pojawił się dopiero na szarym końcu jej drogi.

Książka jest przepiękna i myślę, że zgodzą się ze mną nie tylko ci, co biegają z aparatem. Przepisy należą do prostych, ale jest kilka takich, na które sił mi raczej nie starczy - po co jednak gotować, kiedy można zachwycać się samym ich widokiem ;) Pisząc całkiem poważnie, ta książka to małe dzieło sztuki, przy którym jej podstawowe przesłanie - gotowanie - spada po prostu na drugi plan. 

Ciekawe przepisy i absolutna przyjemność dla każdego, kto lubi apetyczne widoki. W końcu nie na darmo Katie nazywana jest stylistką żywności. 


Katie Quinn Davies - What Katie Ate
Ilość stron: 298
Wyd. Buchmann
Ocena: 6/6

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Norweskie noce - Derek Miller


Sheldona z racji wieku, nikt nie traktuje poważnie. Dawniej był on cenionym żołnierzem Marines, ale dziś, po śmierci swojej żony, zmuszony zostaje do przeprowadzki do wnuczki w Norwegii. Mieszkając w Oslo, w jednym budynku z bałkańskimi uchodźcami, staje się świadkiem morderstwa sąsiadki i zupełnym przypadkiem ratuje jej syna. Zmuszony do ucieczki się oraz walki o życie, Sheldon rusza z chłopcem na południe kraju, udowadniając tym samym, że z jego głową – przynajmniej w teorii – wszystko jest w porządku.

Nie powiem, by Norweskie noce twardo trzymały się rzeczywistości. Osiemdziesięcioletni komando nie znający języka i mający siedmiolatka pod opieką, to mieszanka bardzo ryzykowna. Szczęście, całą sytuację ratuje społeczno-psychologiczny rys bohaterów oraz prawda o losach bałkańskich imigrantów w Norwegii.

Sheldon żyje jakby w dwóch, równoległych wobec siebie światach: ciałem tu i teraz, duchem natomiast w czasach wojny, gdzie w każdej sekundzie, musiał być gotowy do ataku. Ocalony przez niego chłopiec staje się w ten sposób ucieleśnieniem jego tragicznie zmarłego syna, a ich ucieczka, próbą odkupienia dawnych win.

Początkowe strony powieści mocno mnie do siebie zniechęcały. Gdzieś do zamknięcia pierwszej części, miałam ochotę rzucić książką w kąt i wziąć się za coś innego. Jakimś cudem jednak dotrwałam i suma summarum cieszę się z tego – od połowy historia nabiera tempa i wreszcie widać dokąd to wszystko zmierza.

Nie zgadzam się z okładkowym hasłem, że to „najzabawniejsza książka o wojnie i demencji”, ale czwórkę spokojnie mogę jej dać. Dobra rzecz, choć tyłka nie urywa, no i trudno doszukać się w niej północno-literackiego klimatu – Miller to Amerykanin do szpiku kości.


Derek Miller „Norweskie noce”
Ilość stron: 392
Wyd. Feeria
Ocena: 4/6

piątek, 19 grudnia 2014

Udawajmy, że to się nie wydarzyło - Jenny Lawson

Idealna książka na zimową chandrę i kiedy świat sprzysięga się przeciwko tobie.

Udawajmy, że to się nie wydarzyło to autobiografia napisana z wielkim przymrużeniem oka i dystansem do własnej osoby. Jenny urodziła się w biednej, ale nadrabiającej szaleństwem rodzinie. Jej ojciec był taksydermistą, więc krew i wnętrzności nie robiły na dziewczynie żadnego wrażenia. Za domowe zwierzątko służył jej szop, jednak ta beztroska była tylko pozorna. Walcząc z poważną chorobą Jenny śmieje się z własnego strachu i zachowania. Bestię najlepiej oswaja się uśmiechem, a jej przypadek idealnie tego dowodzi.

Cudowna, zabawna, pełna dygresji i nieco absurdalna książka. Lekarstwo na całe zło tego świata, a może pechowy dla mnie koniec roku - co w zasadzie jest jednym i tym samym. Waleczność Jenny połączona z jej kompulsywnym zrachowaniem były dla mnie wzorem, a niewyparzony język stanowił fantastyczną rozrywkę.

Jeśli cenicie oryginalny pomysł i prozę niepodobną w zasadzie do niczego, Udawajmy… musi się znaleźć na Waszej półce. Dla mnie bomba!


Jenny Lawson „Udawajmy, że to się nie wydarzyło”
Ilość stron: 352
Wyd. Black Publishing
Ocena: 5,5/6

czwartek, 18 grudnia 2014

środa, 17 grudnia 2014

Złoty kluczyk czyli niezwykłe przygody pajacyka Buratino - Aleksy Tołstoj

Bajka dla dzieci musi być żywa. Musi mieć wyraźną kreskę i charakter nadany jej przez rysownika. Z tego powodu już rzadko sięgam po twórczość dla najmłodszych. Nie przepadam za komputerowymi tworami, obrazkami trójwymiarowymi i sztucznością, za którą nic głębszego się nie kryje. Złoty kluczyk obronił się wyłącznie dzięki Beacie Horyńskiej - ilustratorce, która historii o drewnianym pajacyku, nadała zupełnie nowe życie.

Buratino to swojego rodzaju brat, dobrze nam znanego Pinokia. Starzec imieniem Carlo, otrzymuje od znajomego polano, z którego struga sobie drewnianego chłopczyka. Ten jednak, w przeciwieństwie do swego pobratymca Pinokia, jest psotliwy i nie sposób go wychować. Miast do szkoły, pewnego dnia Buratino ucieka do teatru, gdzie zaczyna się jego wielka przygoda.

Aleksy Tołstoj podobno tak często opowiadał tę bajkę z dzieciństwa, że zaczął wplatać do niej coraz to nowsze, stworzone przez siebie przygody. Tym sposobem na kanwie klasyki powstała książką z całą masą barwnych elementów, ale niestety nie wszystkim będą się one podobać.

Złoty kluczyk to bajka dla starszych dzieci, mających już pojęcie o otaczającym je świecie. Czyta się ją bardzo lekko i sympatycznie, trzeba jednak pamiętać, że główny bohater bywa bezczelny w zachowaniu, co u młodszej części odbiorców może się spotkać ze zbyt entuzjastycznym przyjęciem ;)

Wartość bajki pozostaje według mnie względna, same ilustracje są jednak przepiękne.

Aleksy Tołstoj „Złoty kluczyk czyli niezwykłe przygody pajacyka Buratino”
Ilość stron: 98
Wyd. Zysk i S-ka
Ocena: 3/6

wtorek, 16 grudnia 2014

Za plecami anioła - Renata L. Górska


Do Tauburga przyjeżdża Marta, Polka, próbująca na niemieckiej ziemi na nowo ułożyć sobie życie. Szczęście, które z początku jej sprzyjało, teraz zaczyna płatać jej figle. Opiekując się seniorką z tutejszego rodu, ściąga na siebie wrogie spojrzenia, a napięcie rosnące wśród mieszkańców, zaczyna być odczuwalne aż za murami zamku. Samotna kobieta, na dodatek cudzoziemka, nie będzie mogła spać tutaj spokojnie i co gorsza, synowie pani Tauburg o to zadbają.

Za plecami anioła to opowieść o tym, jak przewrotne potrafi być życie. Że przypadki rządzą dzisiejszym światem i bez serdecznych ludzi dookoła, nie jesteśmy w stanie za wiele zrobić. Książka idealizuje ukazaną w niej rzeczywistość, lecz samo miasto do idealnych nie należy – są spiski, podsycane spory, ale dzięki temu czytelnik raczej nie utonie w nadmiarze lukru. Piszę raczej, bo to proza z gatunku tych, co to krzepią serca i sprawiają, że sami chodzimy, jak na lekkim rauszu. Miła, przyjemna w odbiorze, dobrze się kończąca.

Ale mimo to spotkał mnie tu jeden zawód… nie, zawód, to może za duże słowo niedosyt, który czuję po finale Grety. Wolałabym „ukarać” ją w sposób bardziej społeczny, wymusić niejako przemianę, a nie rach-ciach i po sprawie. Nie, na takie coś się nie zgadzam i widziałabym to zdecydowanie inaczej. Na plus wypadają za to opisy – ludzi, miejscowości, przyrody. Po tych blisko pięciuset stronach zżyłam się z bohaterami, a Adela budziła we mnie same ciepłe uczucia.

Książki Renaty L. Górskiej to powieści do których lubię wracać i które, ku mojej uciesze, w komplecie stoją już na półce. Jeśli i Wy lubicie takie pogodne, dające nadzieję historie, to serdecznie do lektury zapraszam.


Renata L. Górska „Za plecami anioła”
Ilość stron: 459
Wyd. Replika
Ocena: 4,5/6

piątek, 12 grudnia 2014

Naucz się uczyć - Sebastian Leitner; fiszki z gramatyką angielską


Gdy chodziłam do szkoły, najważniejszym wyposażeniem mojej torby, był piórnik wyładowany zakreślaczami. Gdy jakiś tekst był podany ciągiem i nie daj na to, jeszcze czarno-biały, uczenie się nie przynosiło żadnego efektu.

Dziś z instytucją kształcenia zawiązana już nie jestem, ale czy to w pracy czy w domu, nowe umiejętności zdobywać bezustannie trzeba. Wielu zadaje sobie pytanie: jak się uczyć by się nauczyć? Technik są tysiące, a żeby wiedzieć co w ogóle sprawdzać, by znaleźć tę najlepszą dla siebie, pomocny okazuje się być Sebastian Leitner.

Wgłębiając się w jego książkę, nieskromnie powiem, że przeczucia zawsze miałam dobre. Intuicyjnie przekładałam obrazy na słowa, uczyłam się seriami i starałam się zmieniać okoliczności, w których przyswajałam wiedzę (różne pory dnia, miejsca itd.). Autor obala przy okazji teorię, że nauka na głos ma sens (w rzeczywistości wydłuża nasz czas reakcji), a uczenie się czysto pamięciowe jest zbędne  – im więcej wiemy, tym łatwiej przyswajamy nową wiedzę.

Naucz się uczyć to fantastyczna książka, gdy szukamy praktycznych porad, jak rozgryźć proces kształcenia, ale przede wszystkim jest to bogate kompendium wiedzy o nauce w ogóle. Różni ludzie, eksperymenty, przekonania, które na przestrzeni lat się zmieniały… Książka opublikowana została blisko pół wieku temu, ale wydawca zrezygnował z wprowadzania do niej zmian. Część rzeczy będzie więc dla odbiorcy dziwna (szczególnie wstęp traktujący o płci), niemniej całość wydaje mi się nigdy nie zdezaktualizować.


Starając się zatem odpowiedzieć na pytanie: jak się uczyć, by się nauczyć, skwituję, że za pomocą fiszek, które Leitner nazywa kartoteką autodydaktyczną. Metoda ta spełnia wszystkie, stawiane przez niego warunki: jest ciekawa, szybka, z miejsca oferuje uczącemu się nagrodę, a samo jej zastosowanie, wymaga podzielenia materiału na mniejsze partie.

W tym miejscu warto wspomnieć, że Cztery głowy stworzyło nowy zestaw fiszek dla wszystkich, którym gramatyka angielska spędza sen z powiek. 250 kart z przyjazną dla oka grafiką, dzięki którym opanujemy 47 niezbędnych zagadnień z poziomu podstawowego.

To, że w taki sposób można się nauczyć słówek wiedziałam od lat, ale że ktoś mądry wpadł na pomysł wykorzystania ich do gramatyki, jestem pełna podziwu :)

Zatem co? Do fiszek, bo jak mawia sam Leitner: "ciężar nauki ugniata tylko tego, kto wie za mało lub nie wie nic".


Sebastian Leitner "Naucz się uczyć"                                                     Fiszki - gramatyka angielska
Ilość stron: 304                                                                                      Ilość kart: 250
Wyd. Cztery Głowy                                                                                Wyd. Cztery Głowy
Ocena: 5/6                                                                                            Lista zagadnień: klik

czwartek, 11 grudnia 2014

Seksbomby PRL-u - Krzysztof Tomasik

Figura, Jędrusik, Szapołowska, Brylska, Tyszkiewicz – nazwiska znane wszystkim kinomanom, a zarazem kobiety, rozpalające męskie zmysły od kilku pokoleń. Gwiazdy. Możliwe, że gorszycielki. Z pewnością wielkie osobowości.

Krzysztof Tomasik w swej książce, skupia się przede wszystkim na dorobku artystycznym powyższych aktorek, a nie plotkach, które wokół nich krążyły. Co jednak ważne, publikacja ta w żaden sposób nikogo nie idealizuje, wręcz przeciwnie, czytając np. o tym jak zachowywała się Kalina Jędrusik, trudno mi powiedzieć bym pałała do niej sympatią.

Seksbomby PRL-u, to nie tylko publikacja o życiu piątki słynnych kobiet, ale historia polskiego przemysłu filmowego ogólnie. Nie wyobrażam sobie by takie hity jak: Pół żartem, pół serio, Kingsize czy Pan Tadeusz powstały bez ich udziału, a zarazem by z takim temperamentem nie wprowadzały one do scenariuszy własnych pomysłów.

Wiedzieliście, że Jędrusik była prowokatorką, klnąca jak szewc, film z Figurą zdeklasował w kinach Batmana, albo że Krótki film o miłości ma zakończenie wymyślone przez Szapołowską? Te i mnóstwo innych ciekawostek odkryjecie w Seksbombach PRL-u. Kompilacji, którą znajdziecie w dziale biografii, ale przeczytacie ją niczym dobrej klasy powieść.


Krzysztof Tomasik „Seksbomby PRL-u”
Ilość stron: 604
Wyd. Marginesy
Ocena: 4,5/6

środa, 10 grudnia 2014

Mrozim

Dzień dobry!  U Was też tak pięknie? Śniegu co prawda brak, ale mróz póki co nieźle daje radę. 


Zdjęcia świeżutkie, robione jeszcze w piżamie ;) 

wtorek, 9 grudnia 2014

Coś na ząb: Lukrowane Pierniki

Zamieszczając wczoraj na Facebooku, zdjęcie świeżo wykonanych pierników, największym zainteresowaniem cieszyła się metoda ich dekoracji :) Niestety, nawet z najlepszym pędzlem niewiele zrobimy, jeśli nie będziemy mieli ciastek, dlatego dziś przepis i pieczenie, a dopiero potem lukrowanie ;) 


Składniki:
  • 300g mąki pszennej
  • 100g mąki żytniej
  • 100g cukru pudru
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżka kakao
  • 1 łyżka przyprawy do piernika – odradzam kupno gotowej, ich skład jest tragiczny, sam cukier i cynamon, a w jednej znalazłam nawet mąkę pszenną (?!) – wymieszajcie po prostu cynamon, kardamon, gałkę muszkatołową i odrobinę pieprzu ze sobą, będzie o niebo lepsze.
  • 3 średnie jajka
  • 100g roztopionego i przestudzonego masła
  • 100g płynnego miodu

Wrzucamy wszystkie składniki do miski i za pomocą miksera łączymy w kleista masę. Następnie wykładamy na wysypaną mąką stolnicę i wyrabiamy ciasto, aż będzie zdatne do wałkowania. Przed wycinaniem upewnijcie się, że ciasto nie jest za grube - pierniki w czasie pieczenia mocno wyrastają, najlepsze są takie 3-4mm.

Blachę z ciastkami wstawiamy na 8-10 minut do pieca nagrzanego do 180’, a po ostudzeniu dekorujemy wedle uznania – niekoniecznie za pomocą pędzla do eyelinera ;)

Przepis na lukier:
  • łyżeczka mleka
  • łyżeczka soku z cytryny
  • 2 łyżki cukru pudru i duże zawzięcie do ucierania ok. 10-15 minut


Pierniki są od razu zdatne do spożycia, nie wymagają dodatkowego mięknięcia. Smacznego!