poniedziałek, 29 czerwca 2020

Idź krok po kroku - Erling Kagge


"Kiedy chodzisz, życie trwa dłużej. Chodzenie wydłuża mgnienie oka". 

Przywiązani do tempa, w jakim współcześnie żyjemy, chodzenie, a nie daj spacerowanie, traktujemy jako coś dziwnego, wręcz nienaturalnego. Kto z własnej woli nastawi budzik wcześniej, by pieszo iść do pracy? (ja), kto wybiera się na zakupy bez samochodu, targając na ramionach dodatkowe kilogramy? (ja), kto uważa, że dzień bez 10-12 tys. korków to dzień stracony? (tak, znowu ja).

Nie ma wątpliwości, że książka Idź krok po kroku to rzecz, którą musiałam poznać. To słowa i argumenty, które tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że siedzenie na tyłku jest całkowicie pozbawione sensu. Erling Kagge dowodzi, jak wiele się traci, gdy człowiek zbyt szybko przemieszcza się z jednego miejsca do drugiego. Jak pozbawiamy się możliwości przeżywania, dostrzegania, poznawania nowych rzeczy. Tyczy się to zarówno dalekich wędrówek, jak i codziennych wypraw do pracy, parku, po najbliższej okolicy. 

"Tak wiele rzeczy w naszym życiu odbywa się w szybkim tempie. Chodzenie jest powolne. Jest więc jedną z najbardziej radykalnych rzeczy, jakie możesz zrobić". 

Idź krok po kroku to książka pełna pięknych doświadczeń i wspomnień związanych z wyprawami. To moje odczucia ubranie w słowa, które doskonale oddają to, co od zawsze czułam, choć nigdy nie potrafiłam właściwego tego wyartykułować. Jedna z zasad, jakimi się kieruję w nowym miejscu, to: nie korzystać z transportu publicznego. W zeszłym roku w czasie krótkiego pobytu w Warszawie pieszo nabiłam 90 km (!!). Przewodniki omawiają suche fakty, prawdziwie życie kryje się w maleńkich uliczkach, w skupiskach, które tworzą ludzie miejscowi, a nie turyści z wyciągniętymi telefonami. 

"Radość z chodzenia po mieście polega na przebywaniu między ludźmi. Na piechotę różnica między tym, co widzisz, a tym, co robisz zmniejsza się. Przez całą wycieczkę jesteś tym, co antropolodzy społeczni nazywają uczestnikiem, a nie jedynie obserwatorem" - Erlingu Kagge jesteś geniuszem!!

Cudowna, piękna i tak bardzo, bardzo moja. Gorąco polecam!


Erling Kagge "Idź krok po kroku"
Ilość stron: 160
Wyd. Muza
Ocena: 6/6

piątek, 26 czerwca 2020

Moja mroczna Vanesso - Kate Elizabeth Russell

Vanessa już dawno stała się dorosła. Ma pracę, zobowiązania oraz przeszłość, o której nikt nie powinien wiedzieć.

Gdy w mediach pojawia się informacja o nauczycielu molestującym uczennice, ona już wie, że do jej drzwi również ktoś zapuka. Na fali historii, która się rozpętała, ludzie wydają osądy. Jest winny i jest ofiara, dlatego ona wciąż pozostaje w tym sama i niezrozumiana - przecież w jej przypadku była to miłość, na którą sama wyraziła zgodę.

Rozbieżności między postrzeganiem własnej osoby, a odbieraniem podobnych sytuacji w pracy. Wybielanie Strane'a, przypisywanie mu czystych intencji, podczas, gdy wszyscy inni w tym kontekście są gorsi i żałośni. Moja mroczna Vanesso to ciężka, lecz znakomicie napisana powieść. Kontrowersyjna z racji podjętego tematu, miejscami nieprzyjemna, brutalna, a jednocześnie delikatna i wyważona dokładnie tam, gdzie trzeba.

Powieść ukazuje jak trudne i skomplikowane jest życie ludzi z doświadczeniem wykorzystania seksualnego. Jak z fotograficzną precyzją przywołują zdarzenia z przeszłości, wciąż widzą i czują, to co wtedy. Książka ważna, acz zwyczajnie smutna, bo dziury w duszy nie da się niczym wypełnić - można tylko nauczyć się z nią żyć.

 "-To dobrze. Dobrze. - Bierze mnie za ręce. - Ty o wszystkim decydujesz, Vaness. Ty tu rządzisz.
Zastanawiam się, czy naprawdę w to wierzy. Najpierw mnie dotknął, powiedział, że pragnie mnie pocałować, powiedział, że mnie kocha. To on robi zawsze pierwszy rok. Nie czuję presji, wiem, że mam moc powiedzenia, że się nie zgadzam, ale to nie to samo co decydowanie. Ale może on musi wierzyć w to, co mówi? Może musi wierzyć w bardzo wiele".


Kate Elizabeth Russell "Moja mroczna Vanesso"
Ilość stron: 438
Wyd. Otwarte
Ocena: 5/6

środa, 24 czerwca 2020

Miłość i inne obsesje - Liane Moriarty

Wiążąc się z Patrickiem, Ellen nigdy by nie przypuszczała, że zamiast pary przyjdzie jej utworzyć trójkąt. Wszystko przez byłą Patricka, która podążą za nim krok w krok, wysyła mu sms, chce wciąż sprawować kontrolę nad jego życiem. "Jednak prześladowczyni, zamiast przerażać Ellen, dziwnie ją intryguje. Ellen jak zafascynowana zbiera o niej informacje, próbuje zrozumieć jej motywy. Jako hipnotyzerka potrafi w końcu przenikać ludzkie umysły, a ta historia nie daje jej spokoju. Nie zna przecież przeszłości Patricka, czy może zatem być go pewna?".

Ta książka jest tak słaba, że nawet nie potrafię streścić jej fabuły w interesujący sposób... Ktoś prześladuje ciebie i twojego partnera, włamuje się do domu, piecze ciastka w twojej kuchni, a ty odkrywając ten fakt robisz sobie herbatę i zajadasz je ze smakiem. Serio? Zero strachu, przejęcia, ani joty obaw, co ta szalona kobieta jeszcze nawyrabia?

To moja pierwsza styczność z literaturą Liane Moriarty, jednak znając serial Big Littel Lies liczyłam na bardziej złożoną, a przede wszystkim realną akcję. Doceniam postać głównej bohaterki, a szczególnie jej zawód (Ellen jest hipnoterapeutką) - liczne nawiązania do terapii, metod oddziaływania na drugiego człowieka i na jego podświadomość, tylko że w tym wszystkim zabrakło elementów thrillera, a już szczególnie wiarygodnego zachowania ze strony terapeutki. Zamiast się bać, ta zdaje się mieć uciechę z nietypowych zdarzeń oraz kolejnego obiektu do obserwowania.

Miłość i inne obsesje odbieram bardziej jako opowieść o odtrąconej miłości, niż historię kobiety, która  styka się ze zjawiskiem stalkingu. To sposoby i motywy działania Saski są osia napędowa książki, szkoda tylko, że w finale nawet jej obsesja zdaje się wypalać. Rozumiem, ze puenta jest taka a nie inna z uwagi na decyzję organu, ale mimo wszystko, liczyłam na jakieś tąpnięcie, coś co zostanie w pamięci.

Taka sobie opowiastka bez napięcia, a przede wszystkim wiarygodności. Jestem rozczarowana. 


Liane Moriarty "Miłość i inne obsesje"
Ilość stron: 528
Wyd. Znak literanova
Ocena: 2,5/6

piątek, 19 czerwca 2020

Lista, która zmieniła moje życie - Olivia Beirne

Życie Georgie to pasmo omyłek. Zatrudniona w firmie jako grafik ani razu nie wykorzystała swoich zdolności, bo szefowa uznała, że lepiej spisze się jako dziewczyna na posyłki, przy organizacji jej wesela. Na dodatek mieszka w małym, obskurnym mieszkaniu z wieczną imprezowiczką, marząc jednocześnie o wielkiej miłości i tym, by wreszcie choć na moment uśmiechnęło się do niej szczęście. Niestety, tak łatwo z tym nie będzie. 

Chcąc poprawić swojej siostrze humor, przystaje na jej oryginalną propozycję - postara się zrealizować dziesięć punktów z przygotowanej przez nią listy, dokładnie do czasu swoich następnych urodzin. Upieczenie perfekcyjnego biszkoptu czy przebiegniecie dystansu 10 km, to zaledwie wierzchołek góry lodowej z którą Georgie, niechybnie przyjdzie się zderzyć.

Mała czarna to seria książek w kategorii chick lit czyli powieści lekkich oraz zabawnych i przyznać muszę, że z Georgie spędziłam nad wyraz przyjemne, weekendowe popołudnie. Styl opowieści bardzo przypomniał mi Pamiętnik Bridget Jones - ten rodzaj narracji, humor oraz roztrzepana bohaterka do której z miejsca czuje się sympatię. Stąd jeśli lubicie komizm sytuacyjny, Lista na pewno przypadnie wam do gustu.

Olivia Beirne stworzyła świetną historię o tym, jak odrobina odwagi, może całkowicie zmienić nasze życie oraz sprawić by stało się ono pełniejsze.

Za możliwość lektury dziękuję Wydawnictwu Albatros.

Olivia Beirne "Lista, która zmieniła moje życie"
Ilość stron: 352
Wyd. Albatros
Ocena: 5/6 

https://www.instagram.com/varia_czyta/

środa, 17 czerwca 2020

Telefonistka - Gretchen Berg


Vivian kocha swoją pracę. Od dziecka była ciekawa, co ludzie gadają i przez przytknięta do ściany szklankę, podsłuchiwała co siostra robi w drugim pokoju. Dziś pracuje jako telefonistka w centrali  Ohio Bell i ledwo może uwierzyć, że to od niej zależy przekazywanie połączeń telefonujących do siebie osób. Początkowo Vivian przestrzegała zasad, ale potem ciekawość oraz poczucie kontroli, wzięły górę nad rozsądkiem. 

Pewnego dnia podsłuchała rozmowę skierowaną do Betty Miller, gwiazdy lokalnej społeczności i tak jej świat się nagle załamał. Już nie chęć panowania nad wszystkim przejęła władzę, a wszechobecne poczucie zagrożenia.

Telefonistka to powieść przesiąknięta klimatem lat 50-tych, gdzie ludzie dbali w głównej mierze o pozory, a dopiero potem o siebie samych. Gdzie liczył się wygląd oraz opinia, a wszelkie brudy zamykało się za domowymi drzwiami. To tu plotka nosiła rangę sensacji, a zranione kobiety... cóż obmyślały jak niepostrzeżenie dosypać mężowi trutki do kolacji.

Gretchen Berg nie szczędzi nam intryg, choć cała magia książki kryje się jednak w miejscu i określonym czasie akcji. Może nie jest to nic przełomowego, za to miła odmiana dla klasycznych historii.


Gretchen Berg "Telefonistka"
Ilość stron: 406
Wyd. Insignis
Ocena: 4/6
Premiera: 17.06.2020 r.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Współlokatorzy - Beth O'Leary

"Mała Czarna to opowieści z życia wzięte, świat jaki znacie,dużo śmiechu i  odrobina łez – a przede wszystkim inteligentna rozrywka i dobra zabawa w wyśmienitym towarzystwie i najlepszym stylu!". 


Najnowszą serię wydawniczą Albatrosa otwiera odświeżona wersja Współlokatorów, książki która urzekła mnie niemalże równy rok temu.
*****

"Szukam współlokatora do jasnego mieszkania z jedną sypialnią i ze wspólnym łóżkiem (...), czynsz 350 funtów miesięcznie. Dostępne od zaraz".
Czy można wspólnie mieszkać i nigdy się nie spotkać? Dzielić nie tylko pokój, ale i łóżko, a jednocześnie być siebie obcymi ludźmi? Wychodzi na to, że można i Tiff oraz Leon są tego idealnym przykładem.

Początkowa euforia znalezienia lokum, ustępuje miejsca konsternacji, gdy maleńkim mieszkaniu nie chcą się pomieścić ich wspólne rzeczy. Co gorsza one kompletnie do siebie nie pasują (bo właściwie do czego pasuje lampa lawowa?) Sanitariusz medyczny i redaktora wydawnictwa promującego twórców diy, to połączenie z góry skazane jest na porażkę, tylko, że oni... zaczynają się dogadywać!

Współlokatorzy to lekka, rozbrajająca historia w angielskim klimacie. Wzrusza, bawi, jednocześnie wprawiając nas w dobry nastrój. Cała jej siła tkwi w oryginalnym, dobrze opisanym pomyśle - niby banalnym, ale w tej prostocie kryje się magia.

Beth O'Leary stworzyła idealny przykład wakacyjnej lektury. Szybkiej i przyjemnej, w sam raz na upały.


Za możliwość lektury dziękuję Wydawnictwu
http://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazka,46,4149,bastion.html
Beth O'Leary "Współlokatorzy"
Ilość stron: 432
Wyd. Albatros
Ocena: 4/6

środa, 10 czerwca 2020

Kobieta z blizną - Jussi Adler-Olsen

Kolejne spotkanie z bohaterami serii Departament Q, to szalony rollercoaster kilku kryminalnych spraw. Mamy tu śmiertelny cios zadany staruszce, morderstwo sprzed lat, kierowcę, który sam postanawia wymierzyć sprawiedliwość, napad rabunkowy oraz sytuację kondycji psychicznej Rose. Właściwie, to nie wiadomo za co zabrać się pierwsze, a jeszcze jakimś cudem Carl zostaje wezwany do szefostwa, bo nad Departamentem zawisa widmo likwidacji - po co dotować wydział, który rozwiązuje tylko ułamek swoich spraw?

Nie ulega wątpliwości, że Jussi Adler-Olsen zaszalał tym razem i w zawiły, a zarazem błyskotliwy sposób, powiązał ze sobą bardzo nietypowe fakty. Jedyne czego mi brakowało to humoru, bo ten jakoś chyba niechcący ulotnił się z kart historii. Brakowało mi docinek między Carlem i Assadem, choć lapsusów słownych w tego drugiego wciąż nie brakowało. Sądzę, jednak że za takim obrotem spraw stoi sytuacja Rose, bo gdy komuś bliskiemu dzieje się krzywda, trudno z innych stroić sobie żarty.

Kobieta z blizną to opowieść o demonach z przeszłości, które choć ukryte, wciąż zbierają swe krwawe żniwo. To rzecz o osobach, na własne życzenie, zepchniętych na margines społeczeństwa, o chodzeniu na skróty, o błędnie przyjętej odpowiedzialności za cudze przewinienia.

Akcja osadzona w Danii, tym razem zyskała wyjątkowo uniwersalne brzmienie. Polecam, mi podobało się bardzo.


Jussi Adler-Olsen "Kobieta z blizną"
Ilość stron: 464
Wyd. Sonia Draga
Ocena: 4,5/6

środa, 3 czerwca 2020

Oświęcim. Czarna zima - Marcin Kącki


"Zdałem sobie sprawę, że cztery lata okupacji przesłoniły osiemset lat historii miasta, że to czarne chmury, które tu wiszą i nie chcą odejść". To "stawianie na pierwszym miejscu historii kosztem współczesności".

Do Oświęcimia mam rzut beretem, połowa rodziny stąd pochodzi i chyba nigdy, moim pierwszym skojarzeniem z tym miastem nie był obóz, tylko dziadkowie. Wiadomo, że jako dziecko niewiele z tego rozumiałam, jednak muzeum nigdy nie stało się dla mnie synonimem tego miasta.

Oświęcim. Czarna zima to reportaż, w którym przyjezdny stara się odkryć sposób miejscowych na panujący tu "klimat". Finalnie mamy tu Oświęcim widziany z perspektywy obozu, historie samego muzeum i tego, jak poszczególne władze je traktowały. Trochę szkoda, że druty kolejny raz przysłoniły miasto, choć nie zaprzeczę, że całą książkę przeczytałam z ogromnym zaciekawieniem. Sądziłam jednak, że Kącki będzie się starał odczarować trochę wizję Oświęcimia, jako obozu, bo, nie ma co ukrywać, każdy kto tu nie mieszka, utożsamia miasto tylko i wyłącznie z nim. Może kojarzy zakłady chemiczne, może lubi lubi sport i kibicuje Unii Oświęcim, jednak dla zdecydowanej większości ta miejscowość to muzeum, poza którym istnieje tylko pusta przestrzeń. Wręcz są zdziwieni, że można i da się tu normalnie żyć, po czym dodają, że oni sami nie wytrzymali by takiej atmosferze...

Doceniam fragment o inicjatorze budowy hotelu i restauracji Haberlfeld Story, o próbach zmiany wizerunku miejscowości oraz trudnej kampanii reklamowej, społecznej. Najsilniej zadziałał na mnie jednak rozdział o zbieraczach, który ukazuje, jak czas zmienia postrzeganie rzeczy. Mowa w nim o człowieku, który prywatnie kolekcjonuje poobozowe artefakty, dba o nie, odnawia i trzyma w muzeum. Jego opowieści o tym, jak po wojnie wykorzystywano pozostałości z obozu - deski z baraków, umeblowanie,  ruszta z krematoriów... Działa to na wyobraźnię, tym bardziej, że nigdy głośno się o tym nie mówiło. Ważne jednak, że im głębiej wchodzimy w książkę, tym lepiej rozumiemy postępowanie miejscowych. Poznajemy to, jak to hitlerowcy zabrali im ziemię i domy, jak po wojnie zostali z niczym i rozbierając samodzielnie baraki chcieli po prostu odzyskać to, co swoje (często dosłownie wracali z deskami ze swych dawnych domów). Budowanie się po sąsiedzku to nie wyraz ignorancji, tylko fakt posiadania takim miejscu ziemi oraz swoista próba przeciwstawienia się historii. To czas, który upłynął, to po prostu życie, które biegnie dalej, bo oswoić nie znaczy zapomnieć.

Za dużo mam osobistych historii i przemyśleń, by obiektywnie ocenić taką książkę, ale muszę napisać, że jest ona bardzo, bardzo dobra, choć podkreślę to raz jeszcze: liczyłam, że autor więcej miejsca poświęci życiu codziennemu i przeobrażaniu się miasta. Inicjatywom miejscowych (Cafe Bergson, Scenie MDSM), więcej padnie na temat festiwalu, który likwidowano i do dziś nie wiadomo dlaczego (prócz kwestii finansowych)...

Wniosek z Czarnej zimy jest jeden - nie da się emocjonalnie rozdzielić miasta od obozu. Jedno i drugie płynnie się ze sobą przenika, choć o symbiozie nigdy nie będzie mowy.

p.s. określenie "czarnej zimy" nie wzięło się od muzeum, a od zakładów chemicznych, - tak tylko uprzedzam błędne domysły.


Marcin Kącki "Oświęcim. Czarna zima"
Ilość stron: 400
Wyd. Znak
Ocena: 5/6