15:41
Mam na imię księżniczka - Sara Blædel
W Kopenhadze dochodzi do brutalnego gwałtu na młodej kobiecie. Napastnikiem jest mężczyzna poznany na portalu randkowym, ale żadna z podanych tam przez niego informacji, nie ma potwierdzenia w rzeczywistości. Sprawa przydzielona zostaje asystentce kryminalnej Louise Rick, która dość szybko odkrywa cienką nić powiązań, między podobnymi zdarzeniami na przestrzeni ostatnich lat. W między czasie okazuje się, że gwałciciel staje się coraz bardziej wyrachowany, doprowadzając do śmierci kolejnej ofiary. Media nie zostawiają na policji suchej nitki, jednak ujęcie przestępcy w gąszczu fałszywych informacji, staje się nie lada wyzwaniem.
Sara Blædel zdobyła popularność pierwszym tomem przygód Lousie pt. Handlarz śmiercią. Jak na tle tego sukcesu wygląda jego kontynuacja? Akcja powieści nawiązuje się niezwykle szybko. Już na pierwszej stronie poznajemy ofiarę i okoliczności, w jakich doszło do zdarzenia. Szkoda tylko, że z każdą następną miałam wrażenie jakby ten wir spowalniał. Niby szukamy podejrzanego i irytujemy się na matkę pokrzywdzonej, ale brakuje w tym wszystkim jakiejś iskry. Na ogół w czasie lektury pojawiają się u mnie momenty, kiedy opisy stają się katorgą i mam ochotę byle jak rzucić na nie okiem, tylko po to by szybciej uzyskać odpowiedzi. Z Księżniczką tak nie było. Czytałam spokojnie, bez znużenia, ale niestety także bez ekscytacji.
Powieść Blædel to dobry kryminał z obyczajową domieszką, ale odstający poziomem od innych historii tego typu. Główna bohaterka ma swoje wzloty i upadki, jednak średnio się nimi przejmowałam. Ciekawsze były dla mnie zachowania Susanne. Jej toksyczny związek z matką, szukanie pocieszenia u obcych mężczyzn, a w ostateczności też mechanizmy radzenia sobie z niewyobrażalną traumą.
W ogólnym rozrachunku Mam na imię księżniczka jest historią poprawną, ale nie wzbudzającą zachwytów. Szybko się ją czyta i równie szybko o niej zapomina.
Sara Blædel „Mam na imię księżniczka”
Ilość stron: 352
Wyd. Prószyński i S-ka
Ocena: 3,5/6
